środa, 3 maja 2017

***


Bałtyk. Nic specjalnego. Zimna woda. Plaże brudne. W sezonie upstrzone parawanami w kolorach wszelkiego folkloru. Zza jednego czy drugiego dobiega wątpliwej jakości muzyka. Kukurydza. Lody. Gofry. Popcorn. Stragany na promenadzie rodem made in China. Za czym tu tęsknić? A jednak.

Kiedyś dotykaliśmy bosymi stopami piachu. Ostre patyki wbijały się boleśnie między palce. Wiatr urywał głowy i porywał myśli. Przynosił w zamian zapach ryb, wilgoci oraz smak słonych wojaży. Budowaliśmy zamki na piasku, układaliśmy z kamyków niesforne mandale. Kiczowate muszelki wypełniały nasze kieszenie. Sina skóra dygotała po zetknięciu się z bezlitośnie zimną wodą. Najpiękniej było późnym wieczorem, gdy gwar z plaży przenosił się do okolicznych klubów, na promenady, a restauracje przeżywały swój renesans w postaci oblężenia na kolację. Gdzieś tam zamigotały światła. Odległy statek zmierzał do celu. Pachniało zachodem słońca. Czerwień tonęła w odmętach fal. Życie tarzało się w odmętach absurdu nic nikomu o tym nie mówiąc. Żartowniś z niego. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że można być niewolnikami wspomnień.

W pudełku latarnia zamknięta w szklanej kuli. Jeśli nią potrząsnę, mieniące się drobinki brokatu tańczą w jedną i drugą stronę. Opadają tak szybko, jak się wzniosły. Chwilę trwało złudzenie. Żenujące Hollywood. Muszelki w kartoniku czuć pleśnią. Zapach morza zwietrzał. Pokruszone drobinki przesypują się w dłoni. Zostawiają pył, który trzeba strząsnąć. Niesprawiedliwe. Zamknięta szuflada.

Piosenka. Kołysanka. Porcelana. Jedna fraza. Lecz jakże kruche bywa szczęście w nietrwałym świecie z porcelany. Pozytywka. Kolejny strumień świadomości. Pozytywka grająca Dla Elizy. Rozpadła się w zetknięciu z podłogą. Czas. Popłynął między palcami. Naznaczył  godziny, minuty, sekundy. Szukam pozytywki. Podobnej przynajmniej, na taką samą nie ma szans. Beethoven. I pomyśleć, że być głuchym to nie znaczy nie słyszeć.

Bałtyk. Zaszumi jeszcze. W łapaczach snów. W głowie. W spacerze późnym wieczorem i za przymkniętymi powiekami. W zafalowaniu nastroju. W słonej strużce na twarzy. Do zobaczenia.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Kiełbasa tatrzańska i 3,30

Spokojnie. Nie będzie to wpis dotyczący branży wędliniarskiej. Tych, którzy jednak na to liczyli, zapewniam, że o kiełbasie wspomnę. Nie. Nie będzie o wyborczej. Tę sobie darujemy, żeby się nie porzygać. Sorry za dosłowność.

Kiedy widzę kiełbasę tatrzańską za ladą chłodniczą lub wiszącą na haku, cała się wzdrygam. Coś niebezpiecznie rośnie mi w gardle i podnosi się do góry. Nie, nie, wegetarianin ze mnie żaden. Fakt, nie przepadam za mięsem, ale od czasu do czasu jem i nawet mi smakuje. Tak,rozumiem, niektórych zaskoczyłam. Uwierzcie, od czasu do czasu coś tam jem. Tatrzańska. Dzisiaj to pewnie zupełnie inna tatrzańska niż ta sprzed 16 lat. Nie mam jednak odwagi, by jej spróbować. Nazwa skutecznie mnie zniechęca.

Historia jest prozaiczna. Tak banalna, że chyba właśnie przez wzgląd na ten banał do niej bardzo często wracam. Tak naprawdę, wiecie, banały są w gruncie rzeczy najlepsze. Pozwalają życie osadzać na trwałych korzeniach. Pewne sprawy sprowadzają na ziemię. To nic, że brutalnie. Tak czasem trzeba.

Święta przy szpitalnym łóżeczku niebezpiecznie kołtunią myśli. Te z kolei, nieuczesane, pozwalają się plątać do woli i pędzą po najbardziej ukrytych meandrach umysłu. Wspomnienia. Uderzają falami. Nagle zaczynamy się zastanawiać nad wieloma decyzjami, które zapadły w życiu. Czy gdyby wtedy powiedzieć coś innego, teraz byłoby się gdzieś indziej? Czy gdyby się odpuściło, życie też by nam odpuściło? Gdybanie. Nic nie zmienia. Wróć. Zmienia. Układa w głowie potencjalne scenariusze.

Tatrzańska to historia... Zaryzykuję, historia pewnego związku. Okazało się, że można przetrwać dużo. Czasem dużo za dużo za dużo za mało. Skąd 3,30? Hmmm, ze 100 zł podzielonych na liczbę dni w miesiącu. Gdy patrzę, co przyniósł czas i co przywlokło życie, to... uśmiecham się. Poważnie. 21 lat.

sobota, 18 marca 2017

***

Coraz mniej rozumiem z otaczającej mnie rzeczywistości. Poważnie. Efekt niechybnego starzenia się, nieprzystawania do współczesnych trendów albo stagnacja i niechęć do tego, by nadążać.

Serio, wkurza mnie codzienność. Nie potrafię się nie denerwować na widok głupoty, braku elementarnych zasad i megalomanii co niektórych. Poziom irytacji osiąga czasem punkt krytyczny i sama łapię się na tym, że w myślach liczę, aby nie wybuchnąć. Myślałam, że z czasem będzie łatwiej, że zacznę być na pewne sprawy obojętna.Guzik prawda! Guzik, nawet z pętelką!

Wiecie, stara prawda mówi, że ryba psuje się od głowy. Im dłużej chodzę po ziemi, to zauważam, że stare prawdy mówią...no prawdę mówią. Jak w mordę, prawdę! Czego w sumie oczekiwać od ludzi, którzy lubią być marionetkami innych? Płakać mi się chce co jakiś czas, gdy patrzę na to, co się dzieje z naszą codziennością, z rzeczywistością za moim oknem, za twoim też.

Stado baranów. Sorry za określenie, jeśli ktoś poczuje się obrażony. No sorry. W tym stadzie jest też gdzieś moje miejsce, więc spokojnie, nie pozjadałam wszystkich rozumów. Godzimy się. Na wszystko. Ktoś nagle przychodzi i mówi nam, że darwinizm nie istnieje. Ba! Genetyka to zło. Zuoooo!!! Zdobycze medycyny są złe. Leczenie jest złe. Technika jest zła. Harry Potter to zło. Satanizm w czystej postaci podobno. In vitro. Bruzdy na czole. (nie)Moralność. Pigułki po i przed. Naprotechnologia(?). Rodzina.Mężczyzna jako Übermensch. No tak. Podobno sam wnosi lodówkę na czwarte piętro. Super Hero. Kobieta. Puch marny. Mickiewicze narodów. Sami Mickiewicze narodów. Wybaczcie, szlag mnie trafia. Dlaczego? Bo nie robimy nic. NIC. Co tam parasolki! Co tam pohukiwania, że źle, że niedobrze, nie tak, nie siak, na wznak. Hmmm, można na wznak? Jeszcze nie zabronili. Chyba(?). Oczopląs. Stek. Bzdur. Bzdur ze słów. Wata słów. To też już było. Sprawdzona retoryka papki psychologicznej. Bleee.

Czytam. Jeszcze mogę. Myślę. Mogą zabronić? Kwestia czasu. Obserwuję. Pytam. Zadaję pytania. Ludziom w różnym wieku. Moi rówieśnicy obrażeni na socjalizm. Ohyda. Obrzydliwy. Niedobry. Och, jaki niedobry i fe! Starsi ode mnie zmieniają zdanie. W zależności od tego, co dla nich korzystniejsze, wybierają stosowną opcję. Młodsi... Młodsi przerażają brakiem elementarnej wiedzy. Powtarzają. Nie przetwarzają. Głoszą chore idee. Bezkompromisowi. Tu ciach, tam ciach. Koniec. Nie ma miejsca na dyskusje. Nie ma. Nie ma myślenia. Nie ma nic.

Sorry, odpadam. Mam dość. Poważnie. Nie ma już okrągłych stołów. Same kanty. Wszędzie załamania. Rynku. Polityki. Giełdy. Nerwowe. Wstyd. Powszechny i publiczny. Szkoda, że nie jestem strusiem. Usprawiedliwienie by było za chowanie głowy w piasek, a tak... Nie mam siły. Nawet na parasolki, chociaż to właśnie im kibicuję. Bezczelnie. Świadomie. Patrząc sobie w oczy codziennie. Spod rzęs, za którymi można się czasem schować. Spod rzęs, na których przysiada rosa wzruszeń.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami
(...)
Innego końca siata nie będzie.

czwartek, 23 lutego 2017

***




Kiedyś pojadę w góry. Poważnie. Na chwilę chociaż, bo przecież głupio tak nigdy w życiu nie widzieć gór, a codziennie się na nie wspinać. Poza tym K. mi obiecał. On dotrzymuje słowa. Zawsze.

Któregoś razu popłynę. Naprawdę. Wiem, wiem, wstyd w tym wieku nie umieć pływać. Jakoś nie wyszło, nie udało się. Za duży strach był. Za mało okazji. Popłynę, bo przecież nie wypada nie, gdy płynie się pod prąd. Mimo wszystko.

Pewnego dnia usiądę nad brzegiem Bałtyku i pozwolę morzu szumieć godzinami. Ot tak. Niech szumi. Zamknę oczy, by widzieć tylko szum. Szum nie tylko się słyszy. Lubię morze. Wracałam do niego co roku. Kiedyś. Pojadę znowu. Nie wiem kiedy, ale przecież inaczej nie można, gdy szum w głowie towarzyszy na każdym kroku.

Przyjdzie taka chwila, że powyciągam z szuflad bajki. Otworzę zapisane kartki cudownych krain. Szkoda, by blakły pod okładkami starych zeszytów. Muszę tak zrobić, spłacę kredyt. Za równoległą rzeczywistość.

Zaplanuję kiedyś noc w namiocie. Co prawda nie znoszę komarów, chłodciastkoe głupio tak nie wiedzieć, jak to jest spać w namiocie. Nigdy nie było okazji. Spróbuję, bo hipokryzją byłoby nie, skoro na co dzień człowiek czuje się zamknięty w klaustrofobicznej przestrzeni myśli.

Prześpię którejś nocy właśnie całą noc. Bez wiercenia się i zbierania myśli. Spróbuję zapomnieć o bólu głowy. Albo go oswoję do tego stopnia, że zaakceptujemy siebie nawzajem. Głupio nie spać w nocy, kiedy wszystko wydaje się snem.

Obiecuję, że któregoś dnia pozwolę sobie na bardzo irracjonalne marzenia. Nie tylko te zamieniane w cele. Spróbuję bujać w obłokach i śnić o locie balonem, przejażdżce na torze wyścigowym, skoku ze spadochronem lub całym dniu w Luwrze. Pozwolę na to marzeniom, bo i tak przecież cała przyjemność w samym marzeniu. Mieć ciasto nie oznacza go zjeść.

I choćby wiatr wiał w oczy, wichry i burze łamały w pół, to kiedyś będzie kiedyś. Poczekam. Niech się uciszy, bo przecież wszystko ma swoje granice. Nie. Nieprawda. Właśnie sobie przypomniałam, że granice są ruchome i giętkie. No dobra. Kiedyś je przesunę zatem w drugą stronę. Oby.

niedziela, 12 lutego 2017

Takie czasy



Idealizujemy. To, co było. Dzieciństwo. Swoje. Przeszłość. Wszystko, co nieobecne. Wszystko, co przeminęło. Rodzi nam się z pamięci Utopia. Dostrzegamy jak w krzywym zwierciadle niedoskonałość teraźniejszości. Podnosimy poziom frustracji wracając wspomnieniami do bezpiecznego i sielskiego kiedyś.

Denerwuje mnie to. Poważnie. Spotykam na każdym kroku a kiedyś to... Znajomi wklejają na tablice fb zdjęcia z cudownego dzieciństwa. Rozpamiętują z sentymentem chleb z cukrem, suchą bułkę zapijaną butelką śmietany, Pewex na rogu i podwórkowe zabawy. Bez przerwy słyszę, że kiedyś to dzieci potrafiły się bawić, młodzież nie była zepsuta, teraz natomiast to strach wyjść po zmierzchu, a nastolatki to przyszli kryminaliści. Gówno prawda! Sorry, musiałam.

Kocham moje kiedyś. Prawda jest jednak taka, że to nie była sielanka. Owszem, uśmiecham się do siebie, gdy pamięć przywołuje niektóre obrazy. Niektóre. To nie było takie idealne, jak słyszę wszem i wobec. Nie wiem, może niektórzy dostali nagłej amnezji, inni nie chcą pamiętać, a jeszcze inni udają, że wszystko było takie wspaniałe. Wspaniałe?

Wychowywałam się w dość specyficznych warunkach. To, gdzie jestem teraz, to suma kilku czynników. Pracy, napotkanych na mojej drodze ludzi i odrobiny przypadku. W sumie to ostatnie odgrywało najczęściej dużą rolę. Moje dzieciństwo przypada na lata 80. Widzę, jak rówieśnicy wspominają, że to takie cud - miód było. No, nie wiem. Z perspektywy czasu patrząc, ów cud i ów miód zdarzały się w gorzkim smaku.

Nigdy nie lubiłam chleba z cukrem. Wzdrygałam się na samą myśl o tym rarytasie. Do dzisiaj wszystko rośnie mi w gardle, gdy wspominam ucierany przez babcię kogel mogel, który musiałam jeść. Pomarańcze na Święta. Zapach cytrusów raz do roku w domu. Czekoladopodobne batoniki z nadzieniem jagodowym. Pamiętam nawet papierek, którym były owijane. Galaretka w cukrze. Rajskie mleczko. Cytrynowe. Słodkie ulepki domowego karmelu. Nie przepadałam. Oranżada tak bardzo gazowana, że bąbelki tańczyły w nosie. Arbuzy rzucone do sklepu i ta kolejka, by kupić odrobinę luksusu. Buty. Szkaradne. Rower za duży. Kupiony na wyrost, bo akurat był. Nieśmiertelne Wigry 4, o które dbało się jak o najlepszy samochód z salonu. Piosenki nagrywane z radia na kasetę. Czuwanie, by nacisnąć stop, zanim odezwie się prowadzący listę.

Tak, również do tego podchodzę z sentymentem i uśmiechem. Mimo wszystko. Głaszczę wspomnienia, ale one też mają kolce. Denerwuje mnie narzekanie na obecne dzieci, na obecną młodzież. Że niby tacy są źli. Ciekawe, bo ja akurat pamiętam okrucieństwo dzieci z tamtego okresu. Dokuczanie. Wytykanie palcami. Szydzenie. Wyzwiska. Ukrainka. Kaleka. Wyśmiewanie. Porozrzucane w szkole kanapki. Rzeczywiście, wspaniałe były tamte dzieci! A jak cudownie potrafiły sprawić, że ktoś czuł się gorszy. Mistrzowie. Potrafili udawać, że kogoś nie znają i zwykłe cześć nie przechodziło im przez gardło, gdy przechodzili obok. O dziwo, tamte dzieci dorosły. Wyrosły. Uśmiechamy się do siebie, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nigdy nic się nie zdarzyło. A tamto? Jakie tamto? Przecież wtedy było tak idealnie. Oczywiście.

Bronię obecnych dzieci. Staję w obronie młodzieży. Są fantastyczni. Idą po lekcjach do dziennego domu opieki dla osób starszych. Czytają gazetę jakiemuś dziadkowi i jakiejś babci. Razem robią sałatkę. Pochylają się nad bezdomnym psem i kotem. Naładowani pozytywną energią robią masę dobrych rzeczy. Wystarczy hasło. Wystarczy pomysł. Wystarczy im pokazać. Oni chcą. To nie tak, że są egoistyczni oraz pozbawieni empatii. Nieprawda! Wielu z nich ma sobie takie pokłady wrażliwości, że mogliby uczyć dorosłych. Przestańcie zatem mówić, jaka to młodzież jest fe i niedobra. Nie uogólniajcie. Mam porównanie i wiem, że obecne dzieci mają w sobie jednak więcej tolerancji niż te z mojego pokolenia. Niepełnosprawność była kiedyś tematem tabu. Chore albo upośledzone dziecko chowano przed światem. Nie tłumaczono, że bycie innym to nie jakaś ułomność. Bycie innym oznaczało wyróżnianie się z tłumu, a to niczego dobrego nie wróżyło. Możemy sobie złorzeczyć na obecne czasy, ale prawda jest taka, że dopiero teraz indywidualizm nie jest traktowany jak zło konieczne. Przeciwnie. Nagradzamy za nieszablonowe podejście oraz innowacyjne myślenie.

Słyszę czasem od dorosłych, że kiedyś to dzieci nie były takie niewychowane i wiedziały, gdzie ich miejsce. Czyli gdzie? Nie odzywały się niepytane. To było takie dobre? Cieszę się, gdy młody człowiek się odzywa i sam zadaje pytania, bo to znaczy, że szuka, że nurtuje go to i owo. Pamiętajmy, że obecne dziecko to przyszły dorosły. Kogo chcemy wychować?

Rozmawiam z dziećmi o życiu, świecie. Nie nauczę ich żyć. Mogę im tylko pokazać, że są różne drogi. Nie mów mi zatem, że dzisiaj jest gorzej. Jest inaczej. Nie mów mi, że obecni młodzi ludzie to jakaś pomyłka, bo udowodnię Ci, że kiedyś nie byli lepsi. Pomyłką jest to, że uogólniamy. Idealizacja tego, co było, wynika z jakiegoś naszego obecnego niedosytu, a może niespełnienia. Trudno powiedzieć. Kiedyś... Kiedyś marzyłam o zamku, koronie i szczęściu. Wiesz co? Mnie się udało. Mam dom, szczęście, wbrew pozorom, siedzi u nas w każdym kącie, a królowa... Królowa jest tylko jedna. Widzisz, wszystko zależy od tego, jak na tę swoją rzeczywistość obecną spojrzysz.

Takie czasy.

wtorek, 7 lutego 2017

Eureka!



Odkryłam, że mogą mnie boleć plecy. Dziwny ciężar przysiadł mi na ramionach, a między łopatkami rozgościł się ból. Rozsiadł się wygodnie opierając łokcie na kręgosłupie. Nogi w ciężkich buciorach zarzucił na moje barki. Kiedy ostatni raz tak bolało? Nie pamiętam. Nie mogło boleć. Nie miało prawa. Ciężar, który każdego dnia dźwigam w ramionach w tę i z powrotem, to przecież sama słodycz.

Zauważyłam, że szybko przybywa lat. We włosach srebrne refleksy, skóra zmęczona i poprzecinana drobnym labiryntem rysek, a oczy już tak nie błyszczą. Dłonie. Wydaje się, że to nie moje. Odkryłam pod ich cienką skórą koryta sinych żył. Dłonie. Blade. Zimne. Moja babcia takie miała.

Znalazłam ciepłe skarpety. Zawsze marznę w stopy, a teraz szczególnie mi zimno. Zarzuciłam kraciasty koc na nogi, a  kubek z gorącą herbatą znalazł się w moich dłoniach. Lubię kubki. Uwielbiam! Nie mam ich gdzie trzymać, więc nieużywane wylądowały w piwnicy w kartonie z napisem kiedyśmożeotworzę. Czasami za nimi tęsknię. O! Za tamtym przywiezionym znad morza. I jeszcze tamtym "Jesteś moim aniołem", chociaż ząb czasu go trochę wyszczerbił. Nie umiałam wyrzucić. Hmmm. Teraz widzę, że za dużo mam rzeczy w stylu przydasię. Pudełeczko, koszyczek, spinka, guzik, a może pętelka. Pełno pudełeczek, a w nich niezmierzone skarby. Przypinka ze studniówki. 1999. Czy to naprawdę tyle czasu minęło? Zdjęcie robione do dyplomu. Zostało jedno. Kompletnie na nim nie przypominam siebie. Albo to był genialny retusz, albo czas zostawia zbyt wyraźne ślady na mojej twarzy. Zalaminowany obrazek ze św. Ritą i modlitwą do niej. To ta od spraw beznadziejnych. Dostałam kiedyś. Dawno. O, ironio! Zerwany różaniec. Koraliki pachną drzewem sandałowym. Nie wyrzuciłam, bo uwielbiam ten orientalny zapach. Zerwany. Dobrze odzwierciedla moje relacje. Znowu przypomina mi się babcia i jej usta szepczące dziesiątki. Gdy podawałam coś w wątpliwość, denerwowała się i mówiła nie bluźnij. Nie byłaby zachwycona tym, co siedzi w mojej głowie. Pudełeczka. Szufladki ze wspomnieniami. Wyblakłe paragony. Gwarancja bycia. Bilety z napisami. Serwetki. Zdania. Rozsypane sztuczne perły. Większość pogubiła. Się.

Albumy. Znalazłam albumy! Jedno ze zdjęć przedstawia mnie u fotografa. Mam ze dwa lata. Nieufnie patrzę w obiektyw, a usta niebezpiecznie wyginają się w podkówkę. Żółty sweterek, brązowe spodenki. Małe rączki kurczowo ściskają misia. Misie! Moje dzieci też kochają swoje misie. Inne zdjęcie to zabawa choinkowa. Mikołaj. Worek z paczką. Poznaję nieśmiertelne galaretki w cukrze. Zamykam oczy i pamiętam ten mdlący smak. Cukier rozpuszczał się na języku. Rarytas lat 80. Komunia. Moja. Oranżada. Papiloty. Czerwony walkman i kalkulator. Lalka przywieziona z dalekiej Rosji. Oczy jej się zamykały i miała rzęsy! Komunia. Ciało Chrystusa położone na języku. Jest taka fotografia. Mówiono nam wtedy, że przyjmujemy Go do serca. A jeśli nie do serca, tylko do głowy? Rozmowy. Dziesiątki. Setki. Tysiące. Toczę je.

Babcia. Szukam na zdjęciu podobieństwa. Tylu rzeczy mnie nauczyła, a jednak jakbyśmy były zupełnie inne. Nienawidziłam patrzeć, jak zabija kurę na niedzielny obiad, a za jakiś czas niesie w dłoniach i przytula żółte kurczaczki. Pies merdał do niej ogonem, głaskała go, ale wystarczyło, że pobiegł za kaczką, kurą, a dostawał baty. Chowałam psa. Dotykam zimnego policzka na fotografii. Skóra. Tak, skórę mamy podobną. Zbyt cienką. Wbrew pozorom. Geny. Kwieciste chustki. Kochała chustki na głowę. Każda była na inną okazję, na inne święto. Dobra mina do złej gry. Dobra chustka do złej pogody.

Przekonałam się, że głowa mojego młodszego dziecka pachnie życiem. Leżeliśmy razem pokonani przez temperaturę. Małe ciałko wtulone we mnie. Miękkie włoski pod moją dłonią. Życie. Jak bez w maju albo zapach ziarna w sierpniu. Ciepło. Odpowiedzialność na zawsze. Już zawsze.

Tyle rzeczy odkryłam i to tylko dlatego, że zwyciężyła ze mną choroba. Udawałam bohaterkę. Przeziębienie? Co tam przeziębienie! Od tego się nie umiera. Pozbierać się szybko i do przodu. Już. Zaraz. Natychmiast! ... Poległam. Gorączka wygrała. Przypomniałam sobie, że mam mięśnie, które bolą. Nogi jak z waty zmusiły mnie do leżenia w łóżku. Moje ciało rozpaczliwie biło na alarm. Nagle przypomniał sobie o mnie sen. Przynosił naręcza wspomnień. Powybierałam je dokładnie, by nie pozwolić zwiędnąć czasowi. Dać czasowi czas? Tylko dajmy czasowi czas. Bywa, że  chorowanie nie jest takie złe. Odkrywa się to, co oczywiste, a co w codziennej gonitwie umyka schowane po kątach. Poupychane w zakamarkach bycia. Nie jestem super bohaterką. Jestem mamą. Nie jestem terapeutą, rehabilitantem, specjalistą od chorób rzadkich. Jestem mamą. Nie jestem księgowym, menadżerem, ekonomistą. Jestem mamą. Kimś o wiele bardziej skomplikowanym. Mamą wyjątkowych dzieci.

Nie wyrzucę przydasiów. Za bardzo je lubię. Poukładam tylko wszystko. W głowie. Nie wiem, kiedy. Jak wyzdrowieję?

No to dajmy czasowi czas.

niedziela, 29 stycznia 2017

Ogłoszenia



Kupię  eliksir, którego podanie usuwa wszelkie dolegliwości, zwłaszcza choroby rzadkie i nie powoduje skutków ubocznych. Musi starczyć dla dwóch osób, jeszcze dzieci, choć starsze uparcie twierdzi, że dzieckiem już nie jest. Cena nie gra roli. W sytuacji podbramkowej zejdę nawet do piekła. Śmiało. Czekam na propozycje. Ktoś lub coś?

Sprzedam kalendarz. Wypełniony do granic możliwości. Atutem jest pełna synchronizacja i logistyka na poziomie mistrza. Szczególnie do gustu przypaść powinien amatorom pracoholizmu, ewentualnie tym, którzy szukają sensu lub straconego czasu. Zapewniam, że im przejdzie. Cena do uzgodnienia. Po negocjacjach mogę  dopłacić. 

Zamienię litość na zrozumienie. W pakiecie z litością dodam gratis w postaci zażenowania. Od zrozumienia oczekuję odrobiny empatii, porozumiewawczego spojrzenia, szczerości i wspólnego milczenia. Uprzedzam, że litość  bywa bezlitosna i ma niewyparzony język. Jednak posiada niesamowitą zdolność grania na najbardziej prymitywnych uczuciach, obgadywania za plecami oraz snucia opowieści z pogranicza fałszu i obłudy. Wywołuje ambiwalentne uczucia. Zamiana możliwa w każdej chwili. Czekam.

Oddam chroniczny ból głowy występujący na przemian z bezsennością. Lojalnie uprzedzam, że ból głowy jest nie do uśmierzenia żadnymi środkami, a bezsenność nie do opanowania. Zdarza się dość często, że obie przypadłości występują jednocześnie. Osoba decydująca się odbiera sama. Nie dowożę.

Przyjmę wspólną kawę, rozmowę o niczym, głośne milczenie, ewentualnie list. Zapomniałam, jak to jest być tylko sobą. W zamian obiecuję herbatę z jaśminem, słowa, ciszę, ewentualnie list. Przez chwilę będę tylko sobą.

Wynajmę od kogoś kawałek swojej podłogi. Poustawiam na niej półki, a na nich równo książki, które tymczasowo rezydują w piwnicy. Zimno im tam, bo nikt nie dotyka wzrokiem liter. Tęsknię. Miejsca potrzeba tyle, co na  regał. Potrafię się mieścić. W wersach. Słowach. Literach.

Wydzierżawię komuś odważnemu na czas nieokreślony dumę, której dawno już nie mam. Poszła w cholerę z ulotkami, apelami, bezustannym proszeniem o jeden procent. Gwarantuję dzierżawcy, że oszczędzi czas unikając lustra, by nie patrzeć sobie w oczy. Jedynym mankamentem jest kłucie w sercu z bezradności, ale tym nie należy się przejmować. I tak wszyscy pomrzemy. 

Potrzebuję na wczoraj grubej skóry i twardych czterech liter. Pozory mylą. W środku mam własny armagedon i potrzaskane szkło. Nie potrafię tego pozbierać. Nigdy nie lubiłam puzzli. 

W sprawie powyższych ogłoszeń proszę kontaktować. Się. 

niedziela, 22 stycznia 2017

***



Nie mówię szaro jest, lecz że jest...cudownie szaro. Lubię tę piosenkę w wykonaniu Jandy. Jest fantastycznie. Jest? 

W krótkiej wymianie zdań z kimś w tym tygodniu padło frazesowe Szczęśliwi czasu nie liczą. Wcale nie takie frazesowe. Okazuje się. Cztery słowa. Każde przesiąknięte sensem. Szczęśliwi. Czasu. Nie. Liczą. 

Tydzień uciekł tak szybko, że czas tylko przeciekł przez palce. Nie zdążyłam go nawet nawlec na szpulki godzin, minut, o sekundach nie wspominając. Tempo. Prędzej. Już. Teraz. Zaraz. Kalendarz bezlitośnie przypomina, że kolejny tydzień przemknął skradając się i kradnąc czas. Bez konsekwencji. Nie ma na to paragrafu. 

Czas to taka materia bezkształtna, której nie można dotknąć. Nie myślimy o nim w kategoriach namacalności, a jednak bezczelnie wpływa na wszystko, co się wokół dzieje. Cierpliwość. Takie coś, co pozwala przetrwać i udawać, że przecież czasu ci u nas dostatek. Zasłona dymna. Nadzieja. W kolorze szarym. Nie mówię szaro jest, lecz że jest...cudownie szaro.

Ludzie mają wielkie serca i lubią rozsiewać dobro. Mieliśmy w tym tygodniu niespodziewanych gości. Zaskoczenie. Zdumienie. Bo jak to? Bo skąd? Ot tak?  Usłyszałam, że jesteśmy wyjątkową rodziną, z której emanuje ciepło i bliskość. Coś, co przeważnie ludzi dzieli, u nas pokazuje, że może być przeciwnie. Głupio mi, bo to nie tak. W nieszczęściu mam...szczęście. Mój mąż każdego dnia daje dowody tego, że jest najlepszym tatą na świecie. Nie wystraszył się. Nie uciekł. Nie usłyszałam złego słowa. Nie musiał mówić nic. Jest. Tego, że jest najlepszym partnerem do życia, udowadniać nie musi. Słów nam nie potrzeba. Bezgłośne spojrzenia mówią więcej. Rozmowy do czwartej nad ranem. Rozmowy bez słów. Ale jak? Tak. Oczy znają swoje adresy. My znamy się ponad połowę naszego życia. Do przeżycia. Nie do pojęcia. Codziennie spotykam rodziców dzieci chorych, niepełnosprawnych. Więcej wśród nich matek. Dużo. Za dużo. Za. 

 Bo jednak mnie i tobie się przydarzyło coś co bardzo przypomina miłość.


Mickiewicz pisał, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Coś w tym jest. Nie jestem typem otwartym na przyjaźnie, bo moja osobowość taka bardziej introwertyczna, poza tym lubię samotność, ale mam wrażenie, że czuwają nad nami ziemskie anioły. Rozpościerają swoje skrzydła i chronią od dotkliwych razów, jakie od czasu do czasu wymierza życie. Zadzwoniłam przed Świętami do koleżanki. Podziękować. Tylko tyle mogę. Powiedziała mi, że nie muszę, nie trzeba, bo tak naprawdę jestem dla niektórych wzorem. Wzorem mamy, która zrobi dla swoich dzieci wszystko. Wzorem kogoś, kto tak łatwo się nie poddaje, kto z optymizmem wypatruje jutra, od kogo można się wiele nauczyć. Hmmm. Kochane Wy moje, to wielka mistyfikacja jest. Przyznaję się do oszustwa. To nie tak, że podniosłam rękawicę i patrzę życiu prosto w oczy. Boję się. Ja się cholernie boję. Najlepszą obroną jest... atak. Prawda stara jak świat. Optymizm? Znowu oszukuję. Optymizmu u mnie nie ma. To tylko taka maska, by odstraszyć pesymizm. A w nocy, gdy myśli puszczam wolno, przychodzą demony strachu i chwytają mnie za gardło. Ściskają tak mocno, że płaczę z bólu. Wylewam całą gorycz, by rano pozbierać się w jeden kawałek z miliona pogubionych. Od nowa. Czasem coś nie pasuje. Uwiera wciśnięte siłą nie na swoje miejsce. Tylko że...życia nie da się poprawić jak niezaliczonego kolokwium. 

Dlatego mówię sobie sam, że jest fantastycznie!

sobota, 14 stycznia 2017

W szkole


Lubię swoją pracę. Ten moment, kiedy pokazuje się młodemu człowiekowi różne drzwi, a on decyduje, które otworzy i czy skorzysta z takiej okazji. Lubię rozmowy z dziećmi. Dyskusje, które pokazują, że świat nie jest biało - czarny, a samodzielne myślenie to priorytet. Jednocześnie ubolewam nad tym, że zbyt wiele jeszcze wiedzy encyklopedycznej w programach. Wiedzy, którą na dobrą sprawę można pokazywać inaczej, ciekawiej i w ten sposób, by okazała się ona przydatna w życiu.

Doświadczanie powinno stać się podstawową metodą w nauczaniu. Być może dlatego tak bardzo fascynuje mnie pedagogika Montessori. Staram się na co dzień przemycać jej elementy na grunt szkoły powszechnej. Nie jest to łatwe zadanie. Od lat mówi się, że zbyt wiele w naszych szkołach teorii, uczenia rzeczy naprawdę niepotrzebnych. Zamiast uczeń zna, uczeń wie, marzę o częstszym uczeń potrafi, uczeń rozumie. Rozumie. Rozumie przede wszystkim to, po co jest w szkole i do czego będzie mu służyć nabywana wiedza. 

Dzieci w większości pierwszy raz przychodzą do szkoły zafascynowane. Cieszą się z nowych zeszytów, przyborów. Z namaszczeniem wygładzają kartki podręczników i zeszytów. Układają kredki według kolorów. Są ciekawe. Wszystkiego. Tego, co kryje się w biurku pani, co w szafkach, na ścianach, na tablicy. Po pewnym czasie obserwujemy delikatną niechęć, ciekawość zamienia się w nudę, a nauka staje się przykrym obowiązkiem. Skąd taka zmiana? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Pewnie, że postępowanie według ustalonych zasad panujących w grupie może być dla niektórych jednostek trudne. Smutne jest jednak to, że zdobywanie wiedzy wydaje się małemu człowiekowi być procesem trudnym i mozolnym. Nauka nie jest przyjemnością. Dlaczego? 

Mam to szczęście uczyć przedmiotu, który daje mi duże możliwości bycia elastycznym. Mogę prowadzić rozmowy, dyskusje i to właśnie z nich bardzo wielu rzeczy się od dzieci dowiaduję. Jeśli dajemy  możliwość wypowiadania się uczniom, realizacja tematu staje się przyjemnością, a nabywanie umiejętności kluczowych z podstawy programowej odbywa się niepostrzeżenie, jakby przy okazji. Naprawdę mamy fajne dzieciaki, które wiele rozumieją z tego, co się wokół nich dzieje. Czasami, a nawet częściej niż czasami, uczę się pewnych spraw od nich. Przede wszystkim prostoty postrzegania i nazywania. Po naszych klasowych rozmowach dochodzę do wniosku, że to my, dorośli, bardzo często wszystko niepotrzebnie komplikujemy. Widzimy problemy tam, gdzie ich nie ma. Najgorsze jest jednak to, że infekujemy tym dzieci. Niepostrzeżenie wsiąkają w nie nasze obawy, strachy, bariery. 

Szczególną sympatią darzę klasy czwarte. To ten moment, gdy dzieci od jednej pani przechodzą na nauczanie przedmiotowe. Część z nich nie może się odnaleźć. Pierwsze tygodnie to chaos. Proszę Pani, nie mam długopisu. Proszę Pani, zapomniałem zeszytu. Proszę Pani, nie wiem, gdzie zostawiłem plecak. Proszę Pani, a tym kolorem może być? Rozdaję zatem na prawo i lewo prywatne długopisy jednocześnie pilnując, by na koniec lekcji je zebrać. Jutro inni pewnie zapomną. Znajduję w czeluściach biurka kartkę dla tej osoby, której zeszyt się nie spakował. Robię retrospekcję zdarzeń z uczniem, który "zgubił" plecak. Jest! Przed drzwiami klasy. Kto by pomyślał?  Cierpliwie mówię enty raz, że tak, ten odcień zieleni czy niebieskiego nadaje się do podkreślenia tematu. To potrwa ze cztery tygodnie. Nie denerwuje mnie ten etap. Jest naturalny. Tak samo naturalny jak nasze późniejsze rozmowy na lekcjach. Wydaje się, że o niczym, a tak naprawdę o wszystkim. 

Przykro mi, gdy spotykam się z negatywnymi komentarzami na temat pracy nauczyciela. Niemal każdy z nich zaczyna się od wytykania czasu pracy. Czasu, który tak naprawdę  jest niepoliczalny. Pracę znoszę do domu. Nie, nie tylko z zeszytami do sprawdzenia czy sprawdzianami. Znoszę ją często w głowie. Problemy dzieci. Dorosłych, którzy rozwalają świat dziecka. Prestiż zawodu nauczyciela bardzo stracił na wartości. Jest mi smutno, gdy dziecko powtarza A mama mówi, że pani jest głupia. Hmmm, nie jestem bez skazy. Mama ma prawo myśleć, co chce, ale smutno mi, bo swoje myśli werbalizuje przy dziecku. Dziecku, które mi to powtórzyło i dziecku, które w pewnym sensie zwątpiło w to, co mówię, bo przecież A mama mówi, że... W oczach niektórych jestem nierobem, który za nic dostaje pieniądze z podatków ciężko pracujących ludzi. Na szczęście są też i tacy, którzy moją pracę doceniają. Najsympatyczniejsze, co mnie ostatnio spotkało, to  rozmowa z jedną z moich pierwszych uczennic, już z tytułem magistra i jej słowa: Tamten polski to ja zawsze będę pamiętała. Tak naprawdę, to Pani uczyła nas myśleć

Myśleć. Czuć. Nazywać. Werbalizować to, co się myśli w taki sposób, by nie wyrządzać krzywdy, ale być jednocześnie asertywnym. Jedna rozmowa sprawiła, że znowu urosły skrzydła. Może któreś z moich szóstoklasistów zapamięta dzisiejszą lekcję o wyobraźni. Przypomni sobie za jakiś czas, jak dotykało dłońmi w ciemnym worku wyszczerbiony koralik. Zadanie polegało na tym, by zgadnąć, co to. Co podpowiedziała wyobraźnia? Dziewczynka długo obracała w dłoniach koralik, aż powiedziała Ząb. To jest niesamowite. Wyobraźnia jest niezmierzona. Możemy dzięki niej tworzyć obrazy, wizualizować marzenia, które finalnie staną się celami w życiu.

Patrzę na te buzie i wiem, że któreś z nich zdobędzie swój Mount Everest, inne coś odkryje, a jeszcze inne napisze arcydzieło. Jeśli Mount Everest tak naprawdę okaże się pagórkiem za blokiem, Eureka! zrozumieniem ułamków, a arcydzieło kartką z pamiętnika, to mnie to bardzo cieszy. To znaczy, że zdobywają świat na miarę swoich możliwości. Gdzieś wśród nich siedzi przyszły lekarz, murarz, przyszła dziennikarka fryzjerka. O! A tam mechanik.  Fascynujące! I wiecie co? Mogę się pochwalić, że ich wszystkich znam. 

niedziela, 8 stycznia 2017

To(leranc)ja




Problemy moje, twoje, nasze boje, polityka
A przecież każdy włos jak nasze lata policzony
Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci
Daleko raj, gdy na człowieka się zamykam

Najpierw wyzywano kulawych. Kulawi sprawiali wrażenie pokrak nie z tej planety. Gibali się obrzydliwie w różne strony. Niepełnosprytni - tak o nich mówiono. Nawet nie za plecami, często śmiejąc się prosto w twarz. Co taka kaleka zrobi? Dogoni? Obroni się? Dobre sobie! Poza tym fajnie było się z kogoś ponabijać.

Następni byli myślący wolniej. Najlepsze w tym wszystkim, że oni sami śmiali się z dokuczań, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. To jeszcze bardziej napędzało. Głupie to to było! Że też ewolucja pozwalała na przetrwanie czegoś tak prymitywnego! W tym miejscu Stwórca dał ewidentnie plamę albo coś mu cholernie nie wyszło.

Kulawi i Głupi szybko się znudzili. Znaleźli innowiercę. To było wyzwanie! W imię chrześcijańskiej miłości należało mu ręcznie wytłumaczyć, kto to jest prawdziwy Bóg i jak należy wierzyć. W ruch poszły pięści, obelgi, krzywda czyjaś. W końcu zawiniona - tak sobie tłumaczyli. Pan odpuści, na pewno, to w imię jego. Krew? E tam, przelana w wyższym celu. To się nie liczy. No dobra, może trochę liczy, ale przecież inaczej. 

Gdy innowierca nie wytrzymał, długo się nie nudzili. Niedaleko mieszkał Opalony. Jego skóra miała dziwny odcień ciemnych oliwek. Brudas. Czarny. Należało zniszczyć mu dom. Tak zrobili. To jednak mało. Dokopią mu. Tak z braterskiej miłości pobiją. Ktoś musi pokazać, gdzie jest miejsce takiej kreatury. Dokopali. Pobili. Za bardzo. Krew. O dziwo! Nie była czarna. Wydawało się przez chwilę, że miała kolor ich krwi. Na szczęście tylko przez chwilę, bo to przecież niemożliwe.

Nuda. Kulawi i głupi się schowali. Dwaj pozostali... no cóż, w imię chrześcijańskiej miłości posłużyli za przykład. Nuda. Krew wydawała się wrzeć w ich żyłach. Myśli pulsowały w głowie do tego stopnia, że mózg wydawał się eksplodować lada chwila. Popatrzyli po sobie. Z nienawiścią. Ten miał dziwne oczy. Ten za dużo czytał. Tamten... Chodziły słuchy, że nie jest czystej krwi. O tym  z kolei obok mówiono, że nie głosował, jak należy. Wystarczyło. Jatka, jaka się rozegrała, zaczęła przypominać sceny dantejskie. Krzyki. Jęki. Krew. Dużo krwi. Cisza.Cisza. Trwa.

Nie ma nikogo.

***
Patrzę, w którą stronę podąża człowiek.

Człowiek. Potrafi dać z siebie bardzo dużo. Zaskakuje ogromnym sercem.  Empatią. Bezinteresownym gestem. Udowadnia, że warto w niego wierzyć. Że w ludziach jest moc, gdy coś ich jednoczy. 

Martwi mnie jednak to, że ludzi potrafi jednoczyć nienawiść. Rozmawiam z uczniami o tolerancji. Niektórzy nie rozumieją, co złego jest w rasizmie. Przecież to Turek. Kebab. Przecież tamci to Syryjczycy. Terroryści. Imigranci. Jestem zła. Tak potwornie zła, że w pewnym momencie pokazuję zdjęcia zniszczonego Aleppo. Na kupce gruzu siedzi dziecko i wielkie oczy patrzą na wprost. Pewnie w obiektyw fotografa. Dziecko. Zalega cisza. Kompletna. Przecinam ją głosem jak nożem i pytam, czy to dziecko zasłużyło na przelaną krew, odebrany dom, zabitą rodzinę. Za co? Cisza trwa. Mam nadzieję, że w ich głowach nie. Że chociaż jeden z tych, którzy przed chwilą odważnie wygłaszali hasła pełne nienawiści, pomyśli. Myśli. Niech.

Żyjemy w dziwnym kraju. Koalicja wydaje się być teatrem marionetek. W przedstawieniu nie brakuje zaskakujących zwrotów akcji. Opozycja? Brak słów. Rozczarowuje na całej linii. Strzela sobie w kolano w najmniej oczekiwanym momencie. Takie hasła jak uczciwość, lojalność, sprawiedliwość przestają mieć swoją rangę. Gdzie w tym wszystkim miejsce na tolerancję? Ludzie używają inwektyw. Lewak. Dziwne słowo. Użyto go w pewnym kontekście odnośnie mojej jednej wypowiedzi. Szukam. Poszukuję znaczeń. Nie odpuszczam. Nie mogę uwierzyć. Naprawdę. Poglądy. Socjalizm. Skrajna lewica. Uśmiecham się do siebie. Sama. Tyle wspólnego mam ze skrajną lewicą, ile łączy mnie ze skrajną prawicą. Rym częstochowski. To chyba najlepsze podsumowanie. 

Budować ściany wokół siebie - marna sztuka

Smutno mi. Jestem idealistką, która mimo wszystko wierzy w człowieka. Zwłaszcza młodego. Wiecie, czym skorupka za młodu nasiąknie... Tolerancja jest dla mnie tematem szczególnym i wyjątkowym. Staram się dzieciom pokazywać, że inność nie musi dzielić. Różnice sprawiają, że przestajemy myśleć schematami. Świat jest piękny, gdy dużo w nim barw. Ludzie są cudowni, gdy mimo różnić potrafią się szanować.  

Kulawy wolniej się porusza. Docenia życie takie, jakie ma. Uczy, że cieszyć można się z maleńkich rzeczy. Uczy, że wyciągnięcie pomocnej dłoni to tak naprawdę prezent zrobiony sobie. Lubimy dawać i siać dobro. To budujące. Nie budujmy tylko murów.

Głupi jest w pewnych sferach mądrzejszy od profesorów. Nie roztrząsa sensu logarytmów, nie zastanawia się nad kwantami, ale celebruje codzienność. Uczy radości. Uśmiechu. Tylko nie wyśmiewajmy.

Innowierca uśmiecha się do Stwórcy niezależnie od jego imienia. Uczy nas wzajemnego szacunku i wiary w rzeczy trudne do pojęcia. Tylko uwierzmy. Przede wszystkim w człowieka. 

Opalony ma krew w tym samym kolorze co inni ludzie. Tak samo myśli, odczuwa, patrzy i rozumie. Tylko nie sprawiajmy bólu.

Człowiek. Tak, niech patrzy w oczy innemu człowiekowi. Ponad podziałami. Polityka? Wyznanie? Pochodzenie? Czy to naprawdę są sprawy, które muszą prowadzić do nienawiści? Nie. 

Zamykam oczy i ciągle wraca do mnie widok dziecka na kupce gruzów. Widok smutnego spojrzenia. Za co?  Patrzę na inne dzieci tu i teraz. Pokażmy im, że świata nie należy burzyć, aby móc go budować. Utwierdzajmy w tym, że zapobieganie wojnom i rozwiązywanie konfliktów w sposób cywilizowany, to priorytet. Przypominajmy o tych smutnych oczach. Uczmy wyciągania rąk, ale nie po to, by tylko brać. Budujmy relacje, nie bariery. 
Świat mógłby być wtedy piękniejszy.

sobota, 31 grudnia 2016

***



Dawno nie pisałam. Niemoc słowna mnie dopadła niczym grypa. Nagle okazało się, że słowa są nie do opisania i odpuściłam.

Za progiem czeka rok 2017. Zwyczajowo ludzie składają obietnice, postanowienia. Czasami przyziemne, trywialne, czasami odwrotnie. Nie chcę być gołosłowna (ach, znowu te słowa) i nie będzie żadnych obietnic. Poza tym, co mogę sobie postanowić?

U drzwi kolejnego roku mamy też takie zapędy, aby podsumowywać ten mijający. Snujemy refleksje, staramy się wyciągać wnioski. Czasami zastanawiamy się, co by było, gdyby... W gdybaniu jesteśmy mistrzami. Też tak mam. W konsekwencji pojawiają się kolejne nieprzespane noce i bezsensowna frustracja. Nie będę zatem rozpamiętywać.

Nie bez powodu hucznie obchodzi się koniec roku i jeszcze huczniej wchodzi w nowy. Symbolika przekraczania pewnej linii jest bardzo wyraźna. Oddzielamy to, co było, od tego, co ma nastąpić. Kolejna tabula rasa, kolejna szansa. Nadanie temu wydarzeniu wagi w postaci chociażby świętowania ma aspekt psychologiczny. Bywa, że sama proponuję czasem swoim wychowankom, że od teraz zaczynamy od nowa, przekreślam to, co było, zapominam o tym, co złe. Zaczynamy od nowa z nowymi szansami. Bywa, że namacalnie robię czarną grubą linię markerem w zeszycie lub na kartce. To symboliczny początek.

Właściwie celowo nie chcę początków. Nie będę zatem niczego oddzielać. Czasami mam tak, że chciałabym... się zatrzymać. Móc na chwilę stanąć. Zatrzymać czas. Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...

Nie będzie postanowień, ale mam marzenia. Takie, wiecie, do spełniania, może niekoniecznie spełnienia. Chciałabym znaleźć czas. Trochę więcej czasu. Jak Proust poszukać tego straconego albo odnaleźć ten schowany w innym wymiarze. Co bym zrobiła z czasem? Słodkie NIC. Totalnie NIC. Właśnie po to mi on. Chciałabym jeszcze odpocząć. Taki normalny urlop, wystarczyłoby kilka dni. Do tej pory czas wolny wykorzystujemy na lekarzy, turnus, ćwiczenia, badania. Przydałyby się wakacje. Zwyczajne w sposób dla nas niezwyczajny. Patrzylibyśmy w niebo i układali z chmur obrazy. Kiedyś mój mąż obiecał mi, że zabierze mnie w góry, których nigdy nie widziałam. Jeszcze się nie udało. Niech zatem takie "uda się" się stanie. Nie musi w tym roku, ale niech stanie się kiedyś. Marzę jeszcze o słońcu. Zawsze. Mimo ciężkich i szarych chmur nad głową. Mimo smutnych jezior w oczach. O słońcu, w cieple którego można się ogrzewać. Tylko że... taki mamy klimat.

Piszę z doskoku. Nieregularnie. Zdarzają się momenty, kiedy słowa nie potrafią wyrazić tego, co chce się powiedzieć. Język uwiązł w gardle kilka razy. Ludzie. Ludzie są dobrzy. Mają w sobie mnóstwo ciepła. Mnóstwo empatii i niosą dobro. Takie ludzkie, życzliwe. Były takie chwile w tym roku. Wbrew pozorom to był dobry rok. Przełomowy.

Życzę Wam wszystkim miłości. Od tego należałoby zacząć. Miłości do siebie nawzajem, do drugiej osoby, do dzieci, do tego, co wokół. Miłość cierpliwa jest, łaskawa... Życzę też wiary. W co? Jedni odnajdą ją w Stwórcy, inni w ludziach i świecie, ale przede wszystkim - wierzcie w siebie. Niezależnie od kryzysów, porażek, miejcie determinację i odnajdujcie spokój wewnętrzny.

Do napisania w przyszłym roku.

sobota, 17 grudnia 2016

***


    Trudno być obojętnym, gdy na oczach wszystkich rozgrywa się dramat. Dreszcz przerażenia, niedowierzanie, że w XXI wieku tak można. Że w czasach, gdy wolność i demokracja powinny być wartościami nadrzędnymi, z premedytacją, śmiejąc się w twarz, depcze się je. 
    Być apolitycznym się nie da. W momencie, kiedy polityka z brudnymi, ubłoconymi butami, nie pytając o pozwolenie, włazi w moje życie prywatne i zagraża mojej wolności osobistej, moim interesom jako obywatela, nie można udawać, że się nie widzi. Bardzo często podkreślałam, że nie sympatyzuję z żadną partią, ugrupowaniem itp. Teraz jednak powiem stanowczo, że moja antypatia do obecnej większości w rządzie rośnie z dnia na dzień. 
    Przy okazji 11 listopada pisałam, jak martwi mnie to, że historia lubi zataczać koło. Zasmucona byłam opiniami niektórych moich uczniów, którzy przesiąknięci hasłami typowo nacjonalistycznymi, byli dumni z głoszenia ich. Paralelizm dostrzeganej sytuacji przerażał mnie wtedy. Przypomniałam sobie totalitaryzm, faszyzm, nazizm. Ludzie ludziom zgotowali ten los. 
    Z każdym dniem upewniam się coraz bardziej, że historia naprawdę lubi się powtarzać. Nie wyciągamy nauki z błędów, jakie ludzkość popełniła. Bezczelnie prowokujemy. Zapominamy o zwykłym człowieczeństwie w imię chorego i wybujałego ego. Boję się. Martwię. O to, co zastaniemy jutro i w jakim świecie przyjdzie nam żyć.
    (...) i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą - (...) . Nie musieli stawać pod drzwiami. Po cichu, pod płaszczem nocy, przepychali większość chorych ustaw. Niemym świadkiem mógł być tylko księżyc przyczajony za oknem zdradziecko. Gdyby było można, pewnie i księżyc zostałby wyproszony z nieba. No bo jak to, niebem rządzić nie będą? To księżyca ukraść nie można?
    Jakiś czas temu mieliśmy już małego człowieczka, który pociągnął za sobą innych, a w konsekwencji życie straciły miliony. Mały człowiek z chorymi ambicjami, artysta od siedmiu boleści ze swoją sztuką przez małe "s". Udowodnił, że z pozoru malutki lodowiec, pod taflą może kryć olbrzyma. Do dziś historycy, socjolodzy i specjaliści od psychologii zastanawiają się, jak to możliwe, że ktoś taki zrobił pranie mózgu innym. Jak to możliwe? A jak możliwe jest to, co się obecnie dzieje u nas? Zastanawia mnie, czy elektorat, który przepchnął obecny rząd, zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie rodzą się na naszych oczach? Czy nadal ślepo idą w zaparte niczym owce w swoim obłędnym pędzie? 
    Głupimi rządzi się łatwiej. To zdanie jak bumerang wraca w moich myślach. Najpierw nas na siebie napuszczają tworząc kontrowersyjne projekty, jak te chociażby z ustawą antyaborcyjną. Skaczemy sobie do gardeł nie widząc, że tak naprawdę to tylko przykrywka. Podobnie rzecz ma się z mydleniem oczu  500+. Niedawno w dyskusji, jaka się wywiązała przy okazji innego tematu, ktoś słusznie zauważył, że 500+ tak naprawdę kosztuje 700-. Zacietrzewiamy się, kłócimy, obrzucamy błotem, a w tym czasie rozgrywa się tragifarsa, w której nasza rola zaczyna przypominać marionetkę pociąganą za sznurki. 
    Ludzie, co się z Wami dzieje? Dlaczego pozwalamy, by ktoś indoktrynował nam moralność, zasady i sposób postrzegania rzeczywistości? Jestem przerażona nowym kanonem lektur. Przerażona i przekonana, że bardzo szybko zrodzimy wtórnych analfabetów, którzy o samodzielnym myśleniu nie będą mieli pojęcia. Przecież o to chodzi, no nie? Z podstawy programowej znikają treści związane z ewolucją, darwinizmem. Współczesne średniowiecze w wersji hard. Pozostają tajne komplety. Hmmm, to też już było, prawda?
    Wolność. Zawsze powtarzam, że wolność jest podstawowym prawem każdego człowieka. Wolność z zachowaniem szacunku do drugiej osoby. Z chęcią nawiązywania dialogu i szukania wspólnych rozwiązań. Teraz nie ma dialogu. Totalitarny bełkot w postaci indoktrynacji każdej sfery życia. Powolutku. Cicho. Jak kot na czterech łapach. Skrada się z ironicznym uśmieszkiem. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie, ale najpierw nakarmi naiwnych mruczeniem, obiecankami, głaskaniem pokornych. Wszystko do czasu. 
    Umówiłam się z kimś przypadkowo, że za cztery lata zabiorę głos na temat tego, co się dzieje. Słyszę ciągle Ale dajmy szansę i wiecie, ja się boję, że tę szansę dajemy czemuś o wiele potężniejszemu i groźniejszemu, niż nam się wydaje. Obawiam się, że ta szansa pozbawi nas większych...szans. 

wtorek, 13 grudnia 2016

Z serii listów z nieznanym adresem



Piszę do Ciebie ten list, chociaż podchodzę do tego bardzo sceptycznie. Czasy, kiedy wierzyłam, minęły prawdopodobnie bezpowrotnie. Jednak piszę. Może nie wszystko stracone?

Doszłam do takiego etapu w życiu, kiedy do pewnych spraw podchodzi się bardzo refleksyjnie. Do tego zrobiłam się sentymentalna. Wspominam. Rozpamiętuję. Przywołuję drobnostki. Właściwie nie wiadomo, komu to potrzebne i dlaczego tak robię. Wyciągam stare albumy. Gładzę fotografie, które mają duszę. To nie to samo, co setki zdjęć przesuwane palcem w smartfonie. Sepia, czerń i biel, pierwsze kolory. Śmieszne ubrania lat 80. Twarze, które pamiętam.

Jakie były Święta w moim rodzinnym domu? Ciepłe nie tylko od buchającego żarem pieca kaflowego w pokoju babci. To był czas, gdy zjeżdżała się rodzina z odległych krańców, by w tym miejscu zasiąść przy stole. Babcia z pieczołowitą starannością wyciągała przechowywany na tę okazję obrus. Brakowało w domu krzeseł i taboretów, więc znoszono ze strychu drewnianą ławkę, którą ścielono kocem. Choinka... Tani drapak, leciwy, ale wydawał się najpiękniejszy pod słońcem, gdy ustrojono go anielskim włosem. Przybijana rokrocznie do starej szafki nocnej. Do dzisiaj pamiętam bombki. Wzory. Kształty. Szklane kule, które ostrożnie wyciągałam z pudeł, by zawiesić na tandetnych gałązkach. Serce pękało, gdy coś upadło i roztrzaskało się na milion kawałków.

Czekałam na Ciebie co roku. Pisałam z młodszą siostrą listy. Marzyłam. Bajdurzyłam. Już wtedy powinnam zwątpić. Dlaczego? Zamiast wyśnionych kredek bambino dostałam jakieś woskowe mejd in czajna , którymi nie dawało się malować. Ślizgały się bezradnie po białej kartce rysując rozczarowania. Mimo wszystko tłumaczyłam Cię, bo może brakło bambino albo były za drogie, a tyle dzieci chciało przecież prezenty. Kiedyś poprosiłam o lalkę. Rzadko chciałam zabawki, ale tym razem było inaczej. Marzyła mi się taka z miękkimi rękoma, mrugającymi oczyma, z włosami, które można czesać. Pod choinką znalazłam sweter i plastikową namiastkę lalki z namalowanymi włosami. Myślisz, że byłam zła? Nie, znowu Cię usprawiedliwiałam. Przecież sweter był mi potrzebny, a lalka... Może właśnie jej nikt nie chciał? Pokochałam ją. Prezenty pachniały pomarańczami i galaretką w cukrze. Rarytasy tamtych czasów.

Wiesz, pękło coś we mnie, gdy okazało się, że Ciebie nie ma. Jesteś wymyślony. Któregoś razu zauważyłam, jak mama z ciocią podrzuca prezenty pod tę paskudną choinkę. Czar prysł, a ja poczułam się okropnie oszukana. Nikt nie przygotował mnie na tego typu rozczarowania. Żyłam utopią i marzeniami. Realizm tak bardzo mnie sponiewierał, że tamte Święta uważam za swego rodzaju dramat. Pomarańcze śmierdziały importem, gumowata galaretka stawała w gardle, a rozpakowany prezent okazał się szkaradną bluzką, której metka drapała nieprzyjemnie.

Zobacz, a jednak do Ciebie się dzisiaj odezwałam. Nie powinnam Ci już zaufać, bo dwa lata temu też nie stanąłeś na wysokości zadania. Pisałam ze starszym synem do Ciebie list. Nosiłam w sobie maleńkie życie. Pamiętasz, o co poprosił M.? Tylko o to, żeby J. urodził się o czasie i...zdrowy. I co? Lipa, nie sprostałeś niczemu. To były smutne Święta. Wigilię spędziłam słaniając się na nogach nad inkubatorem. Moje dziecko walczyło o życie, gdy gdzieś tam, w dalekim Betlejem, rodził się On.

Piszę. Rozmawiam z Tobą. Mój sponiewierany idealizm jest niepoprawny. Czasem słyszę o głupocie. W porządku. Pewnie skrajna. Wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? Ja Cię nadal tłumaczę. Na siłę próbuję sobie udowodnić, że każdego dnia dajesz mi swego rodzaju prezent. Może o niego nie prosiłam, ale dzięki temu doceniam każde małe szczęście. Okazuje się, że nie jesteś taki ważny. W Święta chodzi o coś innego. Spotykam wiele dobra. Namacalnie. Dotykam go. Wdycham zapach życzliwości. Wiesz, jak ona pachnie? Uśmiechem, spojrzeniem, zrozumieniem. Świat ma mnóstwo jasnych barw, których nawet depresja nie jest w stanie przytłumić.

Mój Drogi, nie proszę Cię w tym liście o nic szczególnego. Myślę, że nie masz takiej mocy sprawczej, by spełnić moje marzenia. Jeśli jednak posiadasz układy z kimś wyżej, szepnij słówko. Tylko jedna sprawa - niech Święta pachną magią ciepła zawsze. Niech te woskowe kredki rysują uśmiechy, plastikowa lalka cieszy się miłością, a paskudna bluzka z drapiącą metką stanie się krzykiem mody. Wszystko zależy przecież od tego, z której strony na to spojrzymy. Wspomnienia... Przechowuję je w bibule pamięci, żeby niczego nie zapomnieć i niczego nie zniszczyć szarpaniem się ze samą sobą.

Gdy pierwsza gwiazdka na niebie zabłyśnie  w wigilijny wieczór, będę Cię wypatrywała. Mimo wszystko. W chmurach, bo tam najczęściej chodzę. Do zobaczenia?

Twoja A.

wtorek, 29 listopada 2016

Poniżej morza



Na początku czujesz niepokój. Ot, takie tam kołatanie serca, lekkie podenerwowanie. Czasami zadrżą ręce i coś z nich wypadnie, ale bez przesady. Ból głowy. O! Tak, często boli głowa. Paracetamol, ibuprofen, kodeina. Zmęczenie. To na pewno zmęczenie. Tak zwykle to tłumaczysz.

Niepokój narasta. Ból głowy nie ustaje. Żadne środki nie przynoszą ulgi. Migrena. Tyle się o niej mówi. Na bank migrena! Przecież pogoda ciągle się zmienia. Z tygodnia na tydzień inna. Ręce drżą bardziej, serce kołacze mocniej, kręci się w głowie. To musi być migrena.

Którejś nocy, leżąc w ciemności i goniąc uwolnione myśli, zdajesz sobie sprawę z tego, że nie śpisz. Ile to już? Tydzień? Dwa? Trochę więcej. Wstajesz. Herbata. Książka. Prasowanie. W bloku naprzeciwko w jednym oknie też złowieszczo świeci się lampa. Czyli ktoś też nie śpi. Herbata. Kolejna. Kawa. Czwarta nad ranem. Za chwilę szósta. Pora wstawać. W głowie pulsuje ból. Kręci się. Świat. Karuzela. Ręce drżą. Kawy! Szybko.

Któregoś ranka czujesz niemoc. Bolą nawet końcówki włosów. Paznokcie. Rzęsy. Powieki są takie ciężkie. Nie chce się. Nic. Zero. Mechaniczne czynności uświadamiają, że to nie ma sensu. Fabryka rzeczywistości.

Nie czujesz głodu. Bułka zjedzona rano wystarcza do wieczora, a czasem do kolejnego ranka. Kawa. Filiżanki. Kubki. Litry. Hektolitry. Jedyne kalorie. Zastanawiasz się nad opatentowaniem diety cud. Kilka kilogramów w kilka dni. Czy jak tak dalej pójdzie, to...znikniesz? Czy da się zniknąć świat?

No dobra. Jednak masz problem. To nie tylko zmęczenie. Migrena może i jest modna, ale nie da się na nią zrzucić wszystkiego. Na pewno nie zrzucone kilogramy. Za dużo ich. Za dużo. Dużo. Za. Ich.

Pozory. W końcu ktoś to wymyślił, aby móc je stwarzać. Pozornie twardy człowiek jesteś. No wiesz, taki ze stali, z marmuru, bij - nie zabij. Co nie zabije, to wzmocni i inne podobne farmazony. Dasz radę. No ba! Każdy to powtarza. Podziwia. Wow! Czujesz zażenowanie, bo wszystko to wielka mistyfikacja. Jaki marmur? Jaka stal? Człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać. Tere, fere! Rozpadasz się w środku na milion kawałków, podczas gdy inni podziwiają siłę. Żenada. Błazenada. Cyrk. Jesteś klaunem w roli głównej. Przerysowany makijaż skrywa rzeczywistość.

Któregoś dnia czara się przelewa. Wiesz, że musisz, ale... nie możesz. Nie tym razem. Boli. Dusza. Tęsknisz za morzem. Szumem fal, a nie setek myśli na minutę. Piaskiem. To nic, że nie umiesz pływać i już pewnie nigdy się tego nie nauczysz. Brakuje wydm. Sztormu na morzu, a nie w środku. Zapachu soli. Smaku wilgoci. Zamki na piasku. Gładzisz w pamięci każdą drobinę.

Jesteś w tak zwanym stanie poniżej morza. Nie chcesz nazywać rzeczy po imieniu, bo się wstydzisz. Słabości. Bycia tylko człowiekiem. Mama powinna być ostoją. Musisz pokazać dzieciom, że nic nie złamie rodziny. Choroba? Niepełnosprawność? Strach? No proszę Cię! Jesteś mamą! Musisz. Masz. Trzeba. Zawsze. Jak zawsze.

Któregoś dnia pęka niebo. Nie wystarcza muzyka. Kawa się kończy. Ręce zarażają drżeniem ciało. Wpadłaś. Spadłaś. Depresja. Tak ktoś inny to nazwał. Do morza coraz dalej. No dobra, jest problem.

Rozmowy. Godziny. Minuty. Sekundy. Dużo rozmów. To nieprawda, że trzeba być tylko silnym. Nie? Nie. Doktor od składania dusz zna się na rzeczy i stosuje socjotechniki. Niby o tym wiesz, a jednak ta gadka uspokaja. Lubisz od czasu do czasu pospierać się z nim na temat życia. Masz prawo drżeć. Masz prawo się bać. Masz. Prawo. Nikt nie może oczekiwać, że będziesz ze stali. Czyli nie da się zniknąć świata? Nie. Mimo wszystko jest...piękny. Coś na wyciszenie. Nie może otępiać, bo musisz mieć przytomność i jasność umysłu. Ręce przestają drżeć. Serce kołacze zdecydowanie rzadziej. Sen... nadal nie przychodzi, ale nocą uczysz się godzić z dniem. Czasem zjadasz coś więcej niż bułkę. Częściej się rozpogadzasz i dostrzegasz, że faktycznie łzy śmieją się, kiedy są za duże.

Jeśli chcesz sprawić, by ktoś był jeszcze  dalej od morza, to wmawiaj mu, że MUSI mieć siłę, MUSI dać radę, MUSI się pozbierać. Myślisz, że to działa? Tak, jak płachta na byka. Sprawi, że owszem, bliżej wody ten ktoś będzie, ale po to, by w niej utonąć.

Przez ostatnie dwa lata moje "ja" jest na karuzeli. Raz kręci się do utraty tchu z wypiekami na policzkach od emocji. Innym razem opada, a metalowe łańcuszki skrzypią raniąc uszy. Nauczyłam się, że nic tak naprawdę nie jest nam dane na zawsze. Życie lubi śmiać się ludziom w twarz, gdy tylko czynią plany. Depresja. Oddala od morza. Schodzi do najczarniejszych zakamarków myśli. Nie wolno jej spuścić ze smyczy. Nie wolno myśleć, że przecież dasz radę. Zawsze. Jak zawsze. Nie.

Co mi pomogło? Klepanie po plecach jest miłe. Wmawianie, że jestem silna też, chociaż czasem czuję się z tym podle. Jak oszustka. Najbardziej oszukuję wtedy siebie. Wsparcie? Bardzo ważna sprawa, jednak to nie sprawi, że problemy znikną. Największym lekarstwem jest świadomość. Tego, że mamy problem, a depresja to nie taki nowy trend i trzeba szukać fachowej pomocy. Świadomość jednak przede wszystkim tego, że samo uzmysłowienie sobie słabości jest naszą największą siłą.

niedziela, 27 listopada 2016

Majorka w listopadzie - z dedykacją



Majorka w listopadzie. Niedługo minie 20 lat. Czasami mam wrażenie, że to zamierzchła przeszłość. Za chwilę wydaje mi się, że to było wczoraj.

Żyjemy w biegu. Takie czasy - ktoś powie. To konieczne - doda inny. Tak. Zdecydowanie. Niestety. Dzień spada za dniem z kalendarza w rytm kół lokomotywy. Tak to, no tak to, no tak. Coraz szybciej. Szybciej. Prędzej. Do przodu mknie. Cel? Czy to ważne? Byle do przodu. Coraz szybciej. Szybciej. Prędzej.

Zapomniałam. Nie pamiętam o czym. Nie wpisałam w terminarz ani w komórce nie ustawiłam przypomnienia. Chodzi mi jednak po głowie, że o czymś zapomniałam. Chciałoby się zaśpiewać po cichu Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Poproszę o stację z widokiem na czas. Niebo z widokiem na raj.

W kieszeni znajduję paragony. Dalej mam niewytłumaczalne skłonności upychania ich wszędzie. Kieszenie. Torebka. Szuflada. Historia. Pewnych zakupów. Historia jednej znajomości. Historia? Losie, nie! Opowieść. Opowieść o jednej znajomości? Też głupio, prawda? Nie pasuje. Wiem. Życie napisane przez jedną znajomość. Nieco lepiej, ale i tak nie jestem zadowolona z tego, co ułożyły słowa. Werbalizacja jest taka...niedoskonała? Tak, niedoskonała.

20 lat. Living is easy, life will be so crazy. Bardziej so crazy nie mogliśmy sobie wyobrazić. Is easy? Bardziej nie mogliśmy się mylić. Co do jednego tylko mieliśmy rację - Everyone does so you're on the race. Wyścig. Z czasem. Czas. Czas nas uczy pogody. Ducha. Skojarzenia. Jak z pistoletu maszynowego. Nie lubię broni. Tak, pacyfistka ze mnie. Brzydzi mnie przemoc. Nie widzę bohaterstwa w wojnach. Prawdziwy bohater walczy gdzie indziej. Na innym polu. W innym życiu. Nie do pojęcia.

Gdzie będziemy za kolejne 20 lat? Będziemy? Chcę. Półsłówka. Zdania nie są już potrzebne. Czasami wystarczają spojrzenia. Dwie pary oczu szukające na głębinie szalupy. Wymiana. Myśli. Myśl za myśl. Uczciwy handel. Handel? To nie tak. Jak? Nie wiem.

Wspólne bycie serc Nas dwoje Nastroje W bicie serc Na cztery się zmienia. Na cztery. Albert Schweitzer powiedział kiedyś, że szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli. Mieliśmy serca dwa. Mamy cztery. Miał rację. 

I zbudujemy dom Bez strychów i bez piwnic Mieliśmy pojechać w góry. Jeszcze się nie udało. Uda? Się? Mieliśmy tyle rzeczy. Mamy jeszcze więcej. Kto by pomyślał...

Majorka w listopadzie. Bez paszportu. Niebo z widokiem na raj. Nasz raj. To niebo, to raj. Marzę, że za kolejne lat 20... W rytm kół lokomotywy: no tak to, tak to, tak to... Ciiii...

Gdzie jesteś Mały Książę gdzie (...) Czy tam gdzie świeci złoty wóz Oglądasz ziemię w swoich snach...

Trudny ze mnie człowiek. Czasem trzaskam drzwiami w emocjach. Ty później naprawiasz zamki i regulujesz zawiasy. Nie wpuszczasz  demonów. Oswajasz koszmary. Boję się burzy. Panujesz nad piorunami. Zamykasz je w dłoniach. Niedawno ktoś mi powiedział, że zdałeś egzamin. Nieprawda. Ocena była tak oczywista, że nawet do niego nie podchodziłeś. Szczęście. Mnoży się... 

Jesteśmy z innej bajki. Bujam w obłokach. Idealizuję wszystko i wszystkich. Przykro mi, gdy ktoś się z tego naśmiewa, ironizuje moje jestestwo. Ty... Ty twardo stąpasz po ziemi. Nie pozwalasz mi za bardzo odlecieć. Osuszasz łzy, gdy są za duże.  Pomiędzy wersy wplatasz prozę. Życia. To najpiękniejsza poezja. 

Nasze dzieci mają kolor Twoich oczu. Studnie bez dna. Piję z nich. Dają mi siłę. Ciemnobrązowa ambrozja. Nektar. Oni. Sens.

Majorka w listopadzie, gdy za oknem plucha. Wiatr wyje i przegania liście z kąta w kąt. Majorka. 20 lat temu. Teraz. Jutro.


Boję się Ukrytego we śnie Westchnienia...

I wtedy

Nie wierz swym oczom - Szepnął wiatr - Jeśli kochasz sercem patrz

niedziela, 20 listopada 2016

Przemijanie



Pewnego dnia pękło niebo. Nie, nie lunął wielki deszcz, jak to było w piosence Dżemu, tylko zgasło słońce. Jak to możliwe? - zapytacie. Możliwe. Nawet słońce bywa zmęczone.

Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci? Nie wiem. Nie doszłam do takiego etapu, w którym umiałabym wyjaśnić dorastającemu chłopcu, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Oczywiście, przechodziliśmy przez rybki, które pływały do góry brzuszkiem pod taflą akwariowej wody. Żegnaliśmy już trzy chomiki. To też było poczucie straty. Łzy. Pożegnania. Rozmowy o tym, że coś się kończy, a gdzieś indziej zaczyna. Ot, taka konstrukcja świata. Przychodzi jednak moment, gdy dziecko spotyka się ze śmiercią w innym wydaniu. Ludzkim. Osoby bliskiej. Gdy samo zaczyna czuć, że przemijalność dotyczy także jego. Jak rozmawiać?

Moja babcia odeszła, gdy M. miał cztery latka. Uczestniczył w uroczystościach pogrzebowych. Wtedy słownictwem dostosowanym do wieku tłumaczyliśmy, dlaczego tak się dzieje i co się stało. Owszem, było nawiązanie do religii i tego, że kiedyś się spotkamy. Patrzę na wszystko z perspektywy czasu i nie wiem, czy dzisiaj miałabym odwagę użyć takich słów.

Niedawno po długiej walce z chorobą zmarł były uczeń naszej szkoły. Na drzwiach budynku wisiało zawiadomienie i informacja o pogrzebie. Wracałam z M. do domu. Zawsze w drodze rozmawiamy o tym, co było w szkole, czy ma dużo zadane i tym podobne. Tym razem było inaczej. Na początku milczał. Później zapytał mnie nagle, czy jeśli ten chłopiec zmarł, bo na białaczkę nikt nie wymyślił lekarstwa, to co z nim i J. Lekarstwa też nie ma. Nikt nie posiada też wiedzy o ich chorobie. Są wyjątkowi, bo jedyni. Najbardziej jednak wstrząsnęło mną bezpośrednio zadane pytanie: Czy my też umrzemy? Fakt, że prowadziłam samochód, ułatwił mi zebranie myśli, bo nie musiałam od razu spojrzeć swemu dziecku w oczy. Powiedział głośno to, co tłucze się w mojej głowie od miesięcy. Wypowiedział słowa, których sama się boję. To już nie jest czterolatek, któremu można wszystko wyłożyć w prosty sposób. Co odparłam własnemu synowi? Prawdę. Powiedziałam, że nie wiem. Że najzwyczajniej w świecie nie wiem. Że każdy robi wszystko, co tylko w jego mocy, aby ich życie w przyszłości wyglądało w miarę normalnie. Po to są te badania, pobyty w szpitalach, wyjazdy do różnych poradni. Szukamy. Wszyscy. Sposobu na tę normalność. Na życie bez strachu i lęku o jutro. Powiedziałam, że mam nadzieję, że nauczą się żyć z chorobą, ujarzmią ją i zbudują swoją rzeczywistość, która nie będzie zbytnio odbiegać od życia innych ludzi. Nie wystarczyły mu moje wyjaśnienia. Drążył dalej. Czy się nie boję? Tak. Boję się, ale strach jest naturalny. Boimy się, bo czegoś nie znamy. Musimy to poznać i kontrolować. Nie do końca jestem zadowolona z tego tłumaczenia. Dlaczego? Wiem, że on też nie jest zadowolony. Nie chciał jednak wracać już do tematu. Nie naciskam. Chyba oboje potrzebujemy czasu.

Abstrahując od tej konkretnej sytuacji, która bezpośrednio dotyczy moich synów, mnie, nas, zastanawiam się, czy jest jakiś sposób na rozmowę z dzieckiem, gdy problem jest podobny. Nie, nie podeślę mu "Oskara i pani Róży", bo nasze zakończenie ma być inne. Będzie inne. Musi.

Lubię dzieci oraz ich sposób myślenia. Operowanie konkretem. Prostolinijność.  Mam pracę, która pozwala mi każdego dnia nabywać nowe doświadczenia. Dyskutowałam ostatnio z klasą szóstą o przemijaniu. Dlaczego boimy się przemijania? Padały różne odpowiedzi. Przy jednej zatrzymałam się dłużej. Przemijanie nas przeraża, nie lubimy go, bo sprawia, że jesteśmy bliżej końca.  Koniec nie jest fajny, ponieważ nigdzie się już nie podąża. Jak koniec podróży. Lepszej odpowiedzi nie znalazłabym przeglądając rozprawy filozoficzne. Koniec nie jest fajny.

***
Pewnego dnia pękło niebo. Zmęczone słońce postanowiło zgasnąć. Świat okryła zimna ciemność. Chłód obejmował ramionami dorosłych, dzieci, ale przede wszystkim wkradał się w zakamarki umysłów. Myśli broniły się. Biegały jak szalone obijając się o siebie nawzajem, a w ciemności i chłodzie powodowało to tylko chaos. Zewsząd słychać było zawodzenie i jęki. Niektóre z nich były tak przenikliwe, że bolały. Bolały każdy centymetr ciała. Ratunku! - wołał człowiek. Szarpanie się ze sobą było bardzo bolesne. Gorsze od najbardziej wymyślnych tortur. W tym nieładzie jakimś cudem zakiełkowała jedna pozytywna myśl. Maleńka niczym dopiero co pęknięte ziarenko. Jeszcze niezakorzenione. Aby rosnąć, potrzebowała ciepła i światła. Skupiła więc wokół siebie inne myśli, by było cieplej. Podały sobie ręce. Otoczyły pozytywną myśl. Chuchały na nią. Chroniły dłońmi przed przeciągami z bezradności. I wtedy stał się kolejny cud. Niemrawo, powoli wzeszło słońce. Nie było tak jasne jak kiedyś, ale nawet blade światło wystarczyło, by zacząć żyć od nowa. Nie ma końca tej bajki. To początek następnej. Bez końca.

sobota, 12 listopada 2016

Ojczyznę kochać trzeba i szanować...



Patriotyzm. Uczę pojęcia w szkole. Rozmawiam z dziećmi na ten temat. Tłumaczę. Sięgam do historii. Podaję przykłady. Z roku na rok jest trudniej. Nie, nie z dziećmi. Mówię o sobie.

Przypominam sobie opowieści babci i dziadka. Wojna, szukanie schronienia, rozstrzeliwanie. Rodziców na oczach dzieci. Potworność. Walka. Krew. Przelana. Dzisiaj czara goryczy.

Trudno mi powiedzieć, czy jestem patriotką. Raczej nie. Szanuję historię, a jednocześnie drażni mnie ona. Nie mogę zrozumieć ciągłego gloryfikowania męczeństwa. Polska Mesjaszem narodów. Akurat! Lubię spacery z dziećmi w pobliskim parku, lubię nasze mieszkanie, moją pracę, ale gdybym była pewna, że gdzieś indziej czeka na nas lepsze życie, spakowałabym się bez mrugnięcia okiem. 

Zdarza się, że włączam telewizję. Ostatnio nawet prawie codziennie, by obejrzeć jakieś serwisy informacyjne. Dziwi mnie to samą, bo tej pory miałam wrażenie, że nasz stary telewizor służy tylko do zbierania kurzu. Obejrzałam wczoraj. Żeby nie było, że nieobiektywnie. Postanowiłam na dwóch różnych kanałach. Skrajnie różnych. Nie znalazłam tam Polski, za jaką chciałabym oddać życie z pieśnią na ustach. Tak, jednak nie jestem patriotką.

Kilka lat temu przygotowywałam z klasą uroczystą akademię z okazji rocznicy odzyskania niepodległości. Zrobiliśmy teatr. Teatr gestu. Trzech uczniów ubranych na czarno było zaborcami. Polską była dziewczynka w sukni z biało - czerwonej bibuły. Zaborcy nią popychali, szarpali, aż...rozerwali suknię na trzy części. Jako podkład muzyczny służyło Nokturn - cmoll Szopena. Przypomniałam sobie wczoraj wszystko. Wtedy razem z dziećmi przeżywałam całą inscenizację. Było wzruszenie. Bolesne rozdarcie duszy ze ściśniętym gardłem. Wczoraj łzy niebezpiecznie zakręciły się w oczach. Nie, nie na wspomnienie tamtych chwil. Ze smutku. Prawdziwego. 

Jako naród dalecy jesteśmy od prawdziwego patriotyzmu. Na co dzień zajmujemy się ideami, które nic z nim wspólnego nie mają. Ci, którzy głośno wykrzykują patriotyczne hasła, tak naprawdę wycierają nimi twarz. Wyświechtane to wszystko do obrzydzenia. Mdli mnie od udawanych gestów, odznaczeń wartych nie więcej niż order z ziemniaka, marszów każdej ze stron. Marsze. Nie mają kompletnie nic wspólnego z radością związaną z niepodległą Polską. Stały się powodem do potyczek pomiędzy stronami. Race, kominiarki, krzyki. Po drugiej stronie nie lepiej. Absurd goni absurd, prawdziwy teatr groteski. Jedyna różnica to ta, że przedstawienie wymyka się spod kontroli i wciągnęło widzów do tego stopnia, że mamy coś na kształt reality show. 

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba Podnoszą z ziemi przez uszanowanie Dla darów nieba... To już nie jest ten kraj. Norwid by pewnie zapłakał, Piłsudski załamał ręce. Kto ty jesteś? Polak mały. (...) A w co wierzysz? W Polskę wierzę! Naprawdę? 

Kłócimy się. Obrzucamy błotem. Liczy się tylko to, czyje będzie na wierzchu. Skakanie do gardeł. Sfora napuszczanych na siebie psów. Zacieranie rąk. Załamywanie. Rzeka podskakujących głów. Rzeka łez. Nie ma wspólnego interesu. 

Skrajności. Wszędzie. Rozmawiam z uczniami o tym, kim jest patriota. Słyszę, że powinno się wygnać Arabów. Słyszę to od dzieci. Za chwilę ktoś mówi: Islamiści do piachu. Wzdrygam się. Coś sobie przypomniałam. To już było. Pamiętacie? Żydzi do gazu. Mam ciarki. Naprawdę. To nie jest patriotyzm. Wstaje chłopiec i dumnie mówi: Bo ja jestem nacjonalistą. Nie ma we mnie dumy z ucznia. Smucę się. Skrajności. Skojarzenia z faszyzmem mam tak wyraźne, że robi mi się słabo i niedobrze. O to walczył mój dziadek? O nienawiść? Do kraju tego... 

Fanatyzm. To też już było. Stado owiec pędzących za przywódcą. Nie wyciągamy wniosków z historii, a temu powinna ona też służyć. Nie boimy się powtórki, a przecież historia lubi zataczać koło...

Mówię dzieciom, że skrajny nacjonalizm jest zły. Bardzo zły. Mówię, że wojna to też nie jest dobre rozwiązanie. Dopóki nie nauczymy się szanować innych, ich poglądów, to żadnym bohaterstwem nie będzie przelewanie krwi. Krew. Przelana. Czara goryczy coraz bardziej we mnie. Mam żal. Do polityków, ludzi, do... Polski. Do Ciebie. Siebie też. Pozwalamy na to. Gdzie rozum? No gdzie? Pytam! Ciemno wszędzie, głucho wszędzie...

Patrzę na buzie dzieci. Zaczerwienione z emocji po dyskusji. Niektórzy tak zaciekle bronili swego zdania, że doszło do niezbyt ładnych przepychanek słownych między nimi. Kolejne skojarzenia - Wiejska! Jak uczyć patriotyzmu w sytuacji, gdy teraźniejszość z ubłoconymi butami włazi bezczelnie i nie pyta, czy może? Jak uczyć miłości do ojczyzny, gdy przestaje się ją kochać? Jak uczyć szacunku do siebie nawzajem, gdy dzieciaki przychodzą przesiąknięte na wskroś ideologią dorosłych? Szacunek. Moje prawa kończą się tam, gdzie zaczynają Twoje. Odwrotnie ta sama zasada. To takie trudne?

Mam taką malutką nadzieję, że któregoś dnia siądziemy przy wspólnym stole. Okrągły co prawda już był, ale przydałby się raz jeszcze. Bez stron, kantów, (w)rogów. Marzy się mi, że człowiek człowiekowi zostanie...człowiekiem. Marzę, że ten mały chłopczyk z wypiekami na twarzy zrozumie, że Ludzi jest dużo będzie jeszcze więcej więc posuńcie się trochę Ustąpcie...

piątek, 11 listopada 2016

Chory, chorszy, ...trup



Wbrew pozorom nie będzie to wpis na temat stopniowania przymiotników i przysłówków. Bardziej będzie o tym, że pozory mylą, a stopniowanie odbywa się według względnych norm każdego z nas. Celowo popełniony w tytule błąd już na wstępie pokazuje, że lapsusy językowe czasem można porównywać z życiowymi.

Książki nie ocenia się po okładce, bla, bla, bla. Tak, akurat! Według Cialdiniego (Wywieranie wpływu na ludzi) ludzie ładni mają większe szanse na odniesienie sukcesu. Są bardziej lubiani. Nasze nastawienie do kogoś w dużej mierze wiąże się z pierwszym wrażeniem... wizualnym. No cóż, Ameryki nie odkryłam. Niestety, miss w żadnej kategorii nie jest pisane mi zostać. Mam tego świadomość i jakoś szczególnie nie ubolewam nad zaistniałym faktem. Nie będzie zatem wpisu, jak z Kopciuszka zrobić królewnę. Po pierwsze - Kopciuszek może sobie nie życzyć obgadywania za plecami. Po drugie - Kopciuszek może zwyczajnie czuć się dobrze w swojej skórze. Będzie o czymś innym. Bardzo dokładnie czytam ostatnio doniesienia ze świata polityki. Nie wiem, co to się ze mną zrobiło, że sięgam do takich tematów. Sama siebie nie poznaję. Polityka to tak naprawdę bagno. Gdziekolwiek postawisz stopę, grzęźniesz na dobre. Niezależnie od tego, czy w prawo, czy w lewo, a może na środku. Bagno ma jednak to do siebie, że...wciąga. Wracając zatem do meritum - czytam, co to szanowni politycy wymyślili, aby żyło nam się lepiej. Na tapecie obecnie ustawa zwana górnolotnie "Za życiem". Wśród rodziców dzieci niepełnosprawnych wrze. Oburzają się rzucaniem ochłapu w postaci czterech tysięcy. Zaczyna się wyliczanka na zasadzie: a moje to ma Aspergera, moje raka, a moje nie chodzi. A co będzie, jeśli choroby po urodzeniu się nie zauważy? A co, jeśli zdiagnozują ją po latach? A co...? Pytania dwoją się i troją. Nie chcę rozpisywać się odnośnie poronionej (ups!) ustawy, ale zauważam coś innego. Swego czasu była bardzo popularna akcja. Na swoich zdjęciach profilowych rodzice dzieci niepełnosprawnych umieszczali węża na wózku inwalidzkim. Sens? Wąż ma kręgosłup, a nie chodzi. Niepełnosprawność nie zawsze jest zatem widoczna. Nikt nie ma prawa porównywać. Co to znaczy, że Twoje jest bardziej chore od mojego czy odwrotnie? Czemu służy ta licytacja? Tak naprawdę doprowadza do nieporozumień i zbędnych negatywnych emocji. Dla każdego rodzica choroba jego dziecka to w jakimś sensie dramat, a czasem prywatne trzęsienie ziemi. Patrzę na swoje dzieci. Gdybym nie wiedziała, na co zwracać uwagę, gdyby nie pokazali mi tego lekarze, na pierwszy rzut oka nie widać u nich niepełnosprawności. Choroba toczy się u nich w środku. Powoli. Podstępnie. Tylko u J. można z zewnątrz coś podejrzewać. Proszę Cię zatem, przestań mi mówić, kto jest bardziej chory, kto mniej, bo mnie to nie obchodzi. Mnie to drażni. Moje trzęsienie ziemi trwa codziennie i nie masz pojęcia, z czym się zmagam. Tak samo ja nie mam pojęcia, z czym zmaga się ktoś inny. Nie masz prawa porównywać, dopóki nie przymierzysz życia kogoś z nas. Tylko że tak się nie da. W sumie to dobrze, nie życzę Ci przecież źle. Nawet na jeden dzień.

Prawda jest taką dziwną kategorią. Niby tak bardzo do niej dążymy, a zaprzeczamy temu na każdym kroku. W większości lubimy otaczać się ludźmi, którzy niczym doborowi klakierzy biją nam brawa i pieją peany na naszą cześć. Wystarczy, że ktoś powie nam, że rzeczywistość jest inna, a lustro, w którym się przeglądamy, kłamie. Przyszłość tego "ktosia" jest marna. Umieszczamy go na liście ewidentnych wrogów, zazdrośników, a nawet obmyślamy element zemsty. Bardzo to wszystko smutne. Obserwuję. Uwielbiam obserwować. Patrzeć. Słuchać. Wyciągać wnioski. Nepotyzm, lizusostwo, donosicielstwo. Brzydzę się. Niektórymi ludźmi. Niedobrze mi od fałszywej słodyczy. Mdli mnie od "ach", "och" na cześć obłudy. Wstyd mi, człowieku, że jesteśmy z tego samego gatunku. Swego czasu próbowałam Cię nawet zrozumieć. Niestety, do pewnego poziomu nie dam rady się zniżyć.

Pozory. Patrz! To się Franek na chorym dziecku dorobił. Ale chałupę postawił! A widziałeś, jak Władek odpicował łazienkę?! Tak! A Gienek to furę z salonu kupił. Ile razy tak pomyślałeś? Nie odpowiadaj. Nie musisz. Franek powinien mieszkać w lepiance, bo ma chore dziecko. Nieważne, że harował jak wół, aby postawić wymarzony dom. Władek i jego rodzina powinni myć się w misce. Co kogo obchodzi, że łazienka wreszcie przystosowana dla niepełnosprawnych i żona nie musi już dźwigać do kąpieli ich dorosłego syna, który na zawsze będzie dzieckiem? Gienek powinien jeździć w najlepszym wypadku trzydziestoletnim maluchem. Czy kogokolwiek interesuje, że tym samochodem codziennie dowozi córkę na odległą rehabilitację? Czasami mam wrażenie, że rodzic dziecka chorego, niepełnosprawnego nie ma prawa do jakiegokolwiek przyziemnego szczęścia. Kiedyś przeczytałam u pewnej mamy chorych córeczek, że ludzie najchętniej widzieliby rodziców dzieci niepełnosprawnych ubranych w worki pokutne, opartych na wyschniętym kiju i zmierzających ciągle na pielgrzymkę w intencji cudownego ozdrowienia. Coś w tym jest.

Zazdrościsz mi "zwiedzania" Polski podczas odwiedzania licznych szpitali? Zazdrościsz mi kontaktów, również międzynarodowych, w związku z poszukiwaniem informacji na temat choroby? Zazdrościsz 1 %, datków na subkonto, mojego żebrania wśród obcych? Ulotek, listów, apeli, pukania do firm? Kontaktów z lekarzami? Znajomości metod rehabilitacji? Szczupłej sylwetki z racji diety cud? Depresji? Nawet nie wiesz, z jaką chęcią oddałabym Ci to wszystko.  Cena jest tylko jedna i nie podlega negocjacjom - zdrowie moich dzieci. Szkoda, że Cię na to nie stać.

Dulszczyzna. Pseudomoralnosć. Ocenianie. Na każdym kroku ocenianie innych. Patrzenie na ręce. Na ubranie. Zaglądanie do cudzego portfela. Może spojrzysz mi w oczy? Na to też Cię nie stać.

Marzę, że kiedyś się obudzę i okaże się, że wszystko było tylko snem. Marzę o alternatywnej rzeczywistości.

Chciałabym mieć wehikuł czasu albo machinę do przekraczania wymiarów. Wymiarów ludzkiej głupoty.


wtorek, 1 listopada 2016

Pokolenie



Jestem z pokolenia, którego dzieciństwo przypadało na lata 80. ubiegłego wieku. Wychowywałam się w rodzinie, która mieszkała w malutkiej wsi. Wszyscy ciężko pracowali na roli. Życie, które się wokół nas toczyło, nieodłącznie związane było z upływającymi porami roku. Ziemia, siewy, żniwa, wykopki, orki, pomiędzy malutka hodowla zwierząt. Nigdy nie zapomnę oczekiwania na cielaczka, który właśnie się rodził, czy kurczaki, które babcia po wykluciu znosiła do kuchni.

Urodziłam się w czasach, które nie do końca były postępowe. Moi rodzice i dziadkowie zrobili wszystko, bym dzisiaj chodziła, była sprawna fizycznie. Gdy przeglądam pożółkłą dokumentację, historie licznych operacji, karty szpitalne, to za gardło ściskają mnie łzy wzruszenia. Nikt z nich wtedy, w tych mało postępowych czasach, nie skazał mnie na fizyczną niepełnosprawność. Nie zamknęli ze wstydu na tyłach domu, co przecież się w innych rodzinach zdarzało. Przeciwnie, walczyli ponad własne siły i możliwości. Jakiś czas temu musiałam iść do ortopedy. Współczesnego. Popatrzył na to, jak chodzę, zerknął do starych dokumentów, obejrzał na moich nogach ślady po cięciach słynnego profesora i za głowę się złapał z niedowierzania. Podobno to fenomen na miarę tamtych czasów. 

Babcia. Osoba bardzo ważna w moim życiu. Trudno uwierzyć, że miała ukończone tylko cztery klasy podstawówki, bo wojna wdarła się w jej codzienność. Trudno uwierzyć, ponieważ mądrością przerastała wielu profesorów. Była moim pierwszym nauczycielem. Sama ledwo piśmienna zaszczepiła we mnie miłość do książek i czytania. To ona nauczyła mnie rozszyfrowywać te małe znaczki zwane literkami na zadrukowanych kartkach. Jedyna książka, z której to robiła, była tomikiem poezji Tarasa Szewczenki. Tak oto poezja weszła w moje życie (nie)przypadkiem, gdy miałam jakieś cztery lata. Kuchnia. Duża. Jak to na wsi. Z piecem w kącie, a na nim okrągłymi fajerkami. Z leżanką przy piecu, na której spędzałam liczne godziny, podczas gdy babcia się krzątała. Uczyła mnie czytać, pisać. Uczyła mnie jednak przede wszystkim tego, że najważniejsza wartość w życiu człowieka, to on sam. 

Szkoła. Wiejska szkoła. Zimą woźna przychodziła nasypać węgla do pieca w sali. Klasy liczyły po kilka osób, więc lekcje były łączone, np. czwarta klasa z piątą jednocześnie. W szkole odkryłam bibliotekę. Miejsce magiczne. Zakurzone, nieco stęchłe książki. Wypełnione zapachem przemijalnego czasu. Nauczyciele podtykali mi to jedną, to drugą. Tak poznałam klasyki literatury rosyjskiej. Dostojewski, Bułhakow, Tołstoj. Urzekli mnie. Gdy skończyły się dla mnie książki z maleńkiej biblioteki, nauczyciele użyczali mi swoich z prywatnych księgozbiorów. Tak poznałam Tolkiena, który mnie wtedy nie urzekł, co zostało do dzisiaj. Tak natknęłam się na prawdziwą poezję. Nauczyciele. Byli moimi mistrzami. Wiedzieli tyle, ile ja chciałam wtedy wiedzieć. Dzięki nim pokochałam muzykę. Szopen. Vivaldi. Był czas, gdy bardzo chciałam nauczyć się odtwarzać te dźwięki. Owszem, mechanicznie się udało. Wygrywałam odczytywane nuty w odpowiednim tempie. To jednak nie było TO. W efekcie potrafię dzisiaj zagrać na pianinie zapisane na pięciolinii nuty, ale bez duszy. Talentu we mnie muzycznego nie ma. 

Nauczyciele otwierali przede mną drzwi do świata innego niż wiejskie podwórko. Wmówili mi, że mogę więcej, że warto zobaczyć, co jest za miedzą. Liceum to było zderzenie z czymś kompletnie dla mnie obcym. Liczne klasy. Duża, tak mi się wtedy wydawało, szkoła. Wiedza. Pełno wiedzy, której chciało się pić. Miałam szczęście do nauczycieli. Kolejny raz pojawili się na mojej drodze ludzie z powołania. Dotykałam teatru. Sztuki. Poznałam groteskę i absurd. Pisałam maturę jak w transie. Miałam tyle w głowie, a czasu tak mało. Studia. Polonistyka. W sumie z przypadku, bo pierwotnie wybrałam coś innego. Dostałam się, ale na filologii polskiej też się udało. Zaryzykowałam. Ideały. Kompletnie bez racjonalizmu. Studia przeminęły tak szybko, że nie wiem nawet, kiedy to się stało. Lubiłam zajęcia z teatru. Do dzisiaj pamiętam szczególnie jedne - taniec Derwisza. Zawrót głowy. Pomieszanie zmysłów. Pasja. Dobrze się czułam w językoznawstwie. Pokochałam specjalizację pedagogiczną.

Jestem, gdzie jestem. Tu. 

Patrzę na pokolenie dzisiejszych dzieci. Patrzę na swoje dzieci. Nie doświadczą wielu rzeczy, których doświadczyłam ja, ale ja też nie mogłam zetknąć się z wieloma rzeczami,z którymi stykają się oni dzisiaj. Co lepsze? Nie ma "lepsze - gorsze". Jest inne. 

Kiedyś nikt się nie przejmował tym, czy odrobiłam lekcje, czy potrafię. Siadałam i uczyłam się tak długo, aż potrafiłam i pojęłam. Nikt nie sprawdzał, czy spakowałam się na kolejny dzień. Robiłam to automatycznie sama. Nikt za bardzo nie miał czasu na rozmowy ze mną. Poza babcią. Dzisiejsi rodzice są inni. Rozkładamy parasol ochronny nad swoimi pociechami. Czasami za wielki. Bywa, że nie dajemy im szans ponieść odpowiedzialności i konsekwencji za to, co robią. Komórka niczym smycz albo zindywidualizowany system namierzania. Kiedyś wystarczyło, że rodzic wychylił się zza okna i krzyknął imię dziecka. Szkoła. Teraz otwarta na rodzica, chętna do rozmowy. Nauczyciele pełnią dyżury, podczas których rodzic może przyjść i porozmawiać. Wtedy... Wtedy szkoła to była szkoła. Nikt jakoś za nikim nie chodził i nie pytał, co Kasia, Ania, czy Piotruś mogą poprawić i jak. Dziennik elektroniczny. Śledzimy spóźnienia, nieobecności, oceny dzieci. Widzimy, co mają zadane. W efekcie one same często nie zapisują zadań, bo wiedzą, że nauczyciel zapisał w dziennikowym terminarzu. Mają kropki, minusiki, jak nie zrobią i szanse. Kolejne. Następne. Do poprawy. Poprawy poprawy. Z  nami nikt się tak nie cackał. Nie poprawialiśmy. Życia też nikt za nas nie odrabiał. Do poprawy też go nie dostaliśmy.

Absolutnie nie neguję zdobyczy cywilizacji. Sama z wielu  korzystam. Chciałabym tylko móc znaleźć złoty środek. Sama proszę starsze dziecko, by miało telefon na biurku, gdy wychodzę w biegu z J. na rehabilitację. Upominam, by włączył dźwięki. Boję się, że "nie będziemy na łączach". Z czego to wynika? Nie wiem. Irracjonalny strach. Zapomniałam loginu rodzicielskiego do konta w dzienniku elektronicznym. Staram się uczyć dziecko odpowiedzialności. W efekcie czuł ogromny żal, że któregoś razu nie sprawdziłam mu plecaka. Nie wziął ćwiczeń, w konsekwencji musiał je uzupełniać w domu po lekcjach. Żal żalem, ale  do szkoły pakuje się już dokładniej. Parasol ochronny? Oczywiście, że go rozkładam. Czasami za duży, przyznaję. Kokon. Pewnie, że chciałabym swoje dzieci ochronić przed wszystkim. Tak się jednak nie da.

Babcia. Nie ma już mojej babci. To był ktoś, kto zawsze brał mnie w obronę. Nawet moja siostra miała (uzasadniony w sumie) żal, że babcia obstaje zawsze za mną. Głaskała, tuliła, opowiadała bajki. Jaki ona miała talent do snucia opowieści! Była w stosunku do mnie nadopiekuńcza. Chłodny sok podgrzewała na piecu, poprawiała szalik, biegała z talerzem, gdy nie chciałam jeść. Pozwalała na wiele. Uczyła jeszcze więcej. Babcia pod koniec życia myliła mnie z moją mamą. Do mojego starszego synka wołała "Lalko". Kochała go jak żadnego innego prawnuka. Hołubiła. Nie doczekała przyjścia na świat J. Odeszła w któregoś Sylwestra. Wiem, że tam, gdzie jest, trzyma kciuki za moich chłopaków. Za mnie też. Nie byłam u niej dawno. Nie mam kompletnie na nic czasu. Dzisiaj mi przykro, bo czas może i mam, ale nie mam czym dostać się na cmentarz odległy o zalewie 30 kilometrów. Złośliwość przedmiotów martwych. Martwych... Nie lubię tego słowa. Uśmiechnęłam się, bo przypomniałam sobie, że we wszystkim szukam duszy. 

Za lat 10, 20, 30... świat będzie jeszcze inny. "Kiedy się dziwić przestanę..."...