niedziela, 31 lipca 2016

Źródła pamięci



Był sobie człowiek, który zgubił pamięć. Jak to możliwe? Trudno powiedzieć. Któregoś dnia wstał i zapomniał, kim jest. Usiadł, rozejrzał się w każdą stronę, podrapał po głowie i usilnie próbował sobie przypomnieć, co miał zrobić. Niestety, w żaden sposób nie mógł tego uczynić. Nie to było jednak najgorsze. Najtrudniej było mu zmierzyć się z tym, że nie pamiętał znaczeń słów. Mieszały się. Plątały. Słowa zaczęły utrudniać mówienie.

Człowiek postanowił udać się do źródeł pamięci. Tak poradzili mu inni ludzie.  Gdyby ktoś nie wiedział, to jest to miejsce, z którego wystarczy zaczerpnąć nieco wody, napić się, a wspomnienia wracają. Wędrówka była długa, męcząca. Po drodze zatrzymywał się kilka razy, aby odpocząć. Podczas odpoczynków na nowo poznawał smaki, zapachy, widoki. Rzadko mówił, bo mowa nadal sprawiała mu trudność. Szedł siedem dni i siedem nocy, chociaż nie liczył. Nie liczył, bo zapomniał, jak to jest wszystko przeliczać.

Ósmego dnia zza horyzontu wyłoniły się źródła pamięci. Niczym nie przypominały wyobrażeń człowieka. Zwykłe szare wody. Od czasu do czasu mieniły się zanurzonymi w nich promieniami słonecznymi. Na brzegu stali inni ludzie. Łapczywie nabierali wody w ręce i pili, ile się dało. Jedni tuż po zaczerpnięciu kilku łyków odzyskiwali jasny wzrok. Wtedy najczęściej smutnieli. Bywali tacy, którzy zaczynali rwać włosy z głów. Pędzili później na oślep przed siebie. Inni nieśmiało uśmiechali się do siebie, ale ich była znaczna mniejszość. Człowiek przystanął nie wiedząc, co dalej robić. Jeszcze kilka godzin wcześniej wydawało mu się, że chce powrotu pamięci. Teraz nie był tego taki pewien. Do której grupy będzie należał? Czy do garstki szczęśliwców z jasnym obliczem? A może do tej większości z szałem w oczach? Postanowił poczekać.

Nad źródła pamięci codziennie zmierzają nowi ludzie. Mijają człowieka siedzącego na wzgórzu. Podobno nadal nie wie, czy chce pamiętać. Boi się odejść, by nie żałować, że nie pamięta. Boi się napić, by nie szukać później źródeł zapomnienia.

_______________________________________

Pamięć płata ludziom figle. Ciągle zastanawiam się nad alternatywnymi formami zapamiętywania. Przerabiałam już tradycyjny kalendarz z zapiskami plus przypomnienia w telefonie. Do tego były fiszki przyczepiane magnesami do lodówki. Efekt? Ostatnio zapomniałam o czymś ważnym. Właściwie wszystko, o czym muszę pamiętać, jest cholernie ważne. Pamięć zrobiła mi taki żart, że byłam zła...na siebie. Nawaliłam. Swego czasu byłam tak zdesperowana, że myślałam o kolorowych nitkach zawiązywanych na palcach, nadgarstkach, tudzież innych widocznych częściach ciała. Zastanawiałam się także nad robieniem kropek na dłoniach. Może być jednak problem z zapamiętaniem, po co to robiłam.

Nie wiem, czy to wina wieku. Z czasem podobno się tak robi, ale łudzę się, że to jeszcze nie TO. Być może jest tego wszystkiego za dużo albo szukam wymówek dla kompletnego chaosu, który ostatnimi czasy zagościł w naszej rzeczywistości. Ciężko się z tym pogodzić. Przecież zawsze miałam zapędy bycia pedantką, zorganizowanie to było moje drugie imię. Teraz zdarza się, że żadne z nas nie ma siły na perfekcyjny dom. O perfekcyjnych paniach/panach domu nie wspomnę. U nas zaczyna to wyglądać przeciwnie i tylko z szacunku do języka polskiego nie nazwę zjawiska dosadnie (chociaż ze złości korci, jak nie wiem co). Do tego bezsenność często przysiada w rogu i nie daje wytchnienia. Od dnia.

Starożytni Grecy mieli rzekę zapomnienia - Lete. Czasami myślę sobie, że to genialne. Zmyć z siebie wszystko. Ot tak. Zapomnieć o zmartwieniach, troskach, niepokojach. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy któregoś dnia wychodzą na chwilę do kiosku i nikną. Rozumiem, ale żeby nie było - nie pochwalam. Jednocześnie nie piętnuję. Do tego nie ma prawa nikt. Człowiek ma to do siebie, że uwielbia oceniać innych. Często sam zaczyna być bardziej święty od świętych. I pomyśleć, że wystarczy na chwilę znaleźć się po drugiej stronie. Zakrętu. Rzeki. Życia.

Mój człowiek z bajki dalej siedzi na wzgórzu. Nie wymyśliłam jeszcze, skąd tak naprawdę jest. Prawdopodobnie wyszedł na chwilę... z siebie.


sobota, 30 lipca 2016

Kapelusz




Czy to bajka, czy nie bajka? Załóżmy, że bajka lub nie. Jak komu wygodniej. Zatem zaczynajmy.

W wielkim mieście, którego nazwa jest tak trudna, że jej nie zapiszę, na świat przyszedł malutki Okruszek. Okruszek nosił inne imię, ale rodzice rzadko go używali, wszyscy zatem przywykli do "Okruszka". Był maleńki. O wiele mniejszy niż inne dzieci. Jako niemowlę leżał spokojniutko w łóżeczku spoglądając ciemnymi oczkami. Nie machał na oślep rączkami i nóżkami. Nie domagał się uwagi. Wszyscy się dziwili, że to takie stateczne i piękne niemowlę. Dziwili do czasu. Później zaczęli szeptać, zerkać, aż przyszedł moment, że czasem pokazywali palcami.

Okruszek rósł. Sam przydomek "Okruszek" przestał do niego pasować, ale i tak każdy mówił do niego w ten sposób. Wyraźnie widać było, że jest inny od rówieśników. Jego rączki i nóżki zachowywały się tak, jakby należały do kogoś obcego. Nie chciały współpracować. Dziwnie wykręcały się w różne strony. Język i usta też nie umiały się zgrać. Okruszek nie potrafił gryźć, nie panował nad śliną, która kącikiem ust mu wyciekała, nie umiał mówić. Nie przeszkadzało to jednak jego rodzicom. Kochali go bezwarunkowo. Dla nich to było dziecko wyjątkowe. Cudowne. Wspaniałe. Każdego dnia próbowali pomóc synkowi wożąc go do kolejnych uzdrowicieli, kolejnych speców od ćwiczeń, którzy mozolnie starali się usprawniać chore ciałko.

Okruszek wydawał dźwięki, a mama i tata  świetnie je rozumieli. Dogadywał się wskazując mrugnięciem oczu symbole w magicznej księdze, którą zdobyli rodzice. Inni pukali się w czoło widząc, jak bardzo Okruszek był kochany. Jeszcze inni okazywali litość i współczucie, że tak los doświadczył rodzinę i pokusili się nawet o dobre rady. Wskazywali rodzicom miejsca dla Okruszka, w których rzekomo byłby szczęśliwy, a oni wreszcie wolni. Nie podobało się to mamie i tacie.

Okruszek rozumiał wszystko, co widział i słyszał. Owszem, był więźniem swego ciała, ale doskonale zdawał sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Często pojedyncza łza spływała mu po policzku, dokuczanie i wyśmiewanie bolało. Bolało niemal fizycznie, bo gdy w Okruszku żal ściskał serce, od razu wzmagały się przykurcze. Mama i tata cierpieli razem z nim. Któregoś dnia rodzice użyli  zaklęć dostępnych tylko ludziom wtajemniczonym. Wyczarowali magiczny kapelusz. Kapelusz wyjątkowy. Wystarczyło, by Okruszek go nałożył, a stawał się dzieckiem jak inne dzieci. Kapelusz miał szerokie rondo, które chroniło od ciekawskich spojrzeń.Był też dość głęboki i wpadał na uszy chroniąc je przy okazji od dziwnych półszeptów oraz uwag. Okruszek wkładał kapelusz na głowę, a właściwie wkładali mu go inni,  i rodzice zabierali go na spacer. Jeździł niczym książę, popychany na specjalnym wózku. Cieszył się zapachem powietrza. Lasu. Wody.

Mijały lata. Wiele zmieniło się w życiu Okruszka. Bardzo urósł i nawet głupio było zwracać się do niego tym pieszczotliwym przydomkiem. Wydoroślał. Ze świata rozumiał coraz więcej. Był mądry. Pokończył szkoły. Pokusił się o studia na różnych uczelniach. Nie zmieniło się tylko jedno - nadal był uwięziony we własnym ciele, ale kapelusz nie stracił nic na swej mocy. Wciąż pomaga mu podczas wychodzenia. Ze swojej skorupy też.

Miałam niebywały zaszczyt poznać osobiście Okruszka. Weszłam na chwilę do tej bajki. To bardzo wrażliwy i mądry człowiek. Nosi kapelusz. Raz trzyma go na kolanach. Raz ma go na głowie. Zależy. Od czego? Od ludzi. Od Was. Od Nas. Od tego, jak układa się Bajka.


sobota, 16 lipca 2016

Baśń o dwojgu ludziach i nie tylko



W niedalekiej przeszłości, a może nawet w teraźniejszości, dwoje ludzi spotkało się przypadkiem. Piszę "przypadkiem", ale podejrzewam, że nic w tym przypadkowego nie było. Przypadek przecież jest niczym innym jak zaplanowanym figlem Opatrzności i Losu.

Była to epoka, gdy ludzkość umiała rozszczepiać atom, technika postępowała do przodu, a moc Internetu łączyła w mgnieniu oka nawet kontynenty. Człowiek wykorzystywał  swoje zdolności nie zawsze w dobrych celach. Homo homini lupus pasowało do obecnej cywilizacji. Pogoń za pieniądzem, wszechobecna komercja, zapędy przywódcze, imperializm, ekspansja  - stawały się często przyczyną terroru, walk, modnie okrzykiwanych w imię wiary, ale nie mających za wiele z wiarą wspólnego.

Dwoje ludzi spotkało się (nie)przypadkiem. Związało. Było to uczucie niczym nieskażone, pierwsze, mocne, prawdziwe. Żaden wiatr, żadna nawałnica i burza nie dawały rady rozdzielić splątanych ze sobą serc. Któregoś dnia Los wpadł na genialny pomysł. Próba. Tak, to jest TO! Podda ich próbie. Próbie trudnej, wymagającej siły uczucia, wymagającej czegoś więcej niż przywiązanie.

Dwoje ludzi założyło rodzinę. Uwiło gniazdo w małym M-3 kupionym na kredyt, który miał być spłacany długie lata. Malowało ściany na zielony i brzoskwiniowy kolor. Wybierało meble kupione na miarę swoich portfeli, ale takie, które pasowały idealnie. Dwoje ludzi dało życie. Na świat przyszedł syn. Cudowny. Z malutkim zadartym noskiem. Dostał imię M. Mały M. rósł i przestawał być mały. W mieszkanku czuło się zapach uczuć. W lipcu każdego roku rodzina wyjeżdżała na krótko nad morze. Wracała później z naładowanymi akumulatorami codzienności. Wszystko było normalne, o ile termin normalności istnieje.

Dwoje ludzi pragnęło większej rodziny. Po długich latach wyczekiwań na świat miał przyjść kolejny  chłopczyk. Dwoje ludzi bardzo się martwiło, bo mądrzy doktorzy stwierdzili, że może to być sporo przed czasem. Tak też się stało. Maleńki J. urodził się o dwa miesiące za wcześnie. Był okruszkiem, który stoczył walkę o życie podłączony do mnóstwa kabelków. Maszyna oddychała za niego, by płucka mogły dojrzeć. Cywilizacja i postęp medycyny okazały się tym razem zbawienne. Mały bohater wygrał życie, chociaż zmagał się z różnymi powikłaniami bycia wcześniakiem. W domu zapanowała radość. Na chwilę, bo przecież za rogiem czyhał Los.

J. rozwijał się fizycznie inaczej niż rówieśnicy. Gdy inni pełzali, on leżał. Gdy raczkowali, on leżał. Gdy wstawali, on...leżał. Dwoje ludzi znowu się martwiło. Odwiedzali gabinety mądrych lekarzy. Dostali wstępne diagnozy, które nie były dobre - J. był chłopcem niepełnosprawnym, który według mądrych doktorów miał być tzw. dzieckiem leżącym. Pierwszy cios nie zwalił z nóg dwojga ludzi. Postanowili walczyć, szukając magów od rehabilitacji. Było ich kilku. Ciężka praca dawała rezultaty. J. siadał, pełzał, raczkował, zaczął wstawać. Gdzieś tam z tyłu głów dwojga ludzi przysiadła nadzieja, że mały J. kiedyś może będzie chodził.

Mały J. ciągle odwiedzał z rodzicami wybitnych specjalistów, często bywał na oddziałach szpitalnych. Któregoś razu z wielu wykonanych badań powstała diagnoza - J. jest bardzo chory. Tak chory, że mądrzy doktorzy nie wiedzą, jak go leczyć, bo... nie znają tej choroby. Przed nim nikt jej nie miał. Dwoje ludzi i starszy syn musieli zrobić sobie dodatkowe badania. Wtedy przewrotny Los chichotał z radości i zacierał ręce. Z badań wynikało jasno, że M. cierpi na tę samą chorobę, tylko nikt o tym wcześniej nie wiedział. Los powalił dwoje ludzi na kolana. Tak mocno, że gdyby nawzajem się o siebie nie wsparli, nie udałoby się im podnieść. Potykając się o kamienie istnienia postanowili przemierzać codzienność. Od czasu do czasu kolejny wicher w postaci jakiegoś kolejnego wyniku przewracał ich, ale na krotko. Los drwił skazując rodzinę na zmaganie się z życiem. Zsyłał kolejne problemy. Niech się martwią o fundusze na dietę dla chłopców, o środki na rehabilitację dla J. A może wcale im się nie uda i mały nie stanie na nogi? "Ha, ha, ha!" - złowieszczo rozbrzmiewał śmiech Losu na korytarzach życia.

Dwoje ludzi smuciło się każdego dnia. Na głowie przybywało im siwych włosów. Zmartwienia odkładały się w zmarszczkach na twarzy. Mimo tego nie puszczali swoich dłoni. Podnosili wysoko zmęczone spojrzenie i wyczekiwali odmiany. Ciągle w nią wierzyli. Wtedy pojawili się inni ludzie. Ktoś pomógł i dał dla J. na rehabilitację, ktoś podarował zabawkę, a inni przynieśli ciepło. Dużo ciepła. Ciepło w postaci słów, W postaci gestów, poklepywania po ramieniu. Zrobiło się jaśniej. W XXI w., w wieku postępu i rozrostu cywilizacji, gdy ludzkość powoli zatracała umiejętność zwykłej komunikacji, dwoje ludzi znalazło inne serca, gotowe nieść taką pomoc, na jaką je stać.

Los poczuł się tak, jakby ktoś zagrał mu na nosie. Nie mógł patrzeć, że nieszczęścia sprowadzają na tę rodzinę szczęście. Knuł, spiskował, podstawiał nogę, czasem nawet dwie, a oni wstawali. Walczyli nie używając żadnej kopii, broni, ale siły uczuć. To było niepojęte dla Losu. Wtedy do jego drzwi  zapukała Opatrzność zwana przez innych Stwórcą. Stwórca uśmiechnął się łagodnie i Los zrozumiał, że przypadkowo stał się Jego sprzymierzeńcem. Te dzieci miały trafić do tych dwojga ludzi. Tak zaplanował sobie On. Nikt inny nie poradziłby sobie z tym, co spadło na tę rodzinę. Gdzieś indziej J. mógłby być rzeczywiście leżący. Gdzieś indziej chłopcy nie dostaliby przydomków: M. Waleczny i J.Wspaniały. Oni musieli trafić TUTAJ.

Mijają dni. Dwoje ludzi nadal się martwi. Szukają odpowiedzi na wiele pytań. Walczą każdego dnia o to, by życie ich dzieci kiedyś w przyszłości było normalne. Walczą, by J. był samodzielny, by pokonał niepełnosprawność. Do tego potrzeba dużo pieniędzy - symbolu materializmu XXI w. Dwoje ludzi ciężko pracuje. Dwoje ludzi puka do drzwi innych ludzi, puka do różnych fundacji, szuka pomocy, z efektem różnym. Dla nich ważna jest każda pomoc, nawet najmniejsza, bo ma wymiar walki o ich dzieci. Dwoje ludzi zapomniało, jak wygląda morze, jak wygląda odpoczynek, bo na to nie ma czasu.

Dwoje ludzi trzyma się za ręce. J. i M. bawią się obok nich. Los zagląda przez okno i sprawdza, czy sobie radzą. On czuwa nad wszystkim. Nad Losem też.

Chciałabym zakończyć "I żyli długo, i szczęśliwie", ale nie tym razem. Dlaczego? Bo ta baśń trwa. Ta baśń ma na imię "Życie" i z baśnią za wiele nie ma wspólnego. Chociaż kto wie, za sznurki pociąga z Góry Ktoś zupełnie inny. Czekamy na scenariusz.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Jest... fantastycznie (?)



Kiedy dziecko zmaga się z chorobą, niepełnosprawnością, ze słownika rodzinny znikają niektóre wyrazy. Jedne znikają na dobre, nie wypowiada się ich głośno, czasem tylko w lekkomyślnych marzeniach, a inne znajdują swoje zamienniki.

Czas. Pojęcie względne. Ucieka przez palce. Powiedzenie "nie mam czasu" nabiera dosłownego znaczenia. Doba jest zbyt krótka. Rehabilitacja, zajęcia dodatkowe, wspomagające, wizyty u specjalistów, hospitalizacje - to wszystko zostaje upchnięte pomiędzy pracę rodziców, rodzinę i próbę egzystowania we względnie normalnej rzeczywistości. Czasu brakuje na odpoczynek, ale i zmęczenie, zabawę, życie przez wielkie "ż". Łapiemy się na tym, że wypadałoby chociaż czasem przysiąść, a okazuje się, że krzesła nie było czasu naprawić.

Wakacje. Inni mówią na to "urlop". Kognitywizm naszej rodziny wymodelował sobie inną czasoprzestrzeń i oszukuje potrzebę odpoczywania na urlopie potrzebą spędzania czasu wolnego na turnusie rehabilitacyjnym. To nic przecież, że ćwiczenia J. będzie miał po 5 godzin dziennie z małymi przerwami. Przecież to urlop. Okolica fajna, w "wolnej chwili" udamy się na spacer. Poza tym nocowanie poza domem też jest formą oderwania się od codzienności, czyż nie?

Znajomi. Przyjaciele.  Słowa te zyskały na znaczeniu. Dopiero teraz okazuje się, kto jest przyjacielem rodziny, na kogo można liczyć w sytuacjach wyjątkowych, a kto nie podołał. Do nikogo nie ma się żalu. Wręcz przeciwnie. Dobrze wiedzieć, że człowiek jest tylko człowiekiem i pewnych swoich ograniczeń nie jest w stanie przeskoczyć. Moje dziecko nie zaraża niepełnosprawnością. Nie potrzebujemy też litości, ukrytych spojrzeń, rozmów półszeptem. Potrzebujemy natomiast wsparcia. Najbardziej dobrym słowem. Nie, nie zapewniaj nas, że będzie dobrze, bo wiemy, że nie masz tej mocy. Mów nam, że jesteś i to wystarczy. Informuję również, że ukryte spojrzenia widzę, półszepty słyszę, mimo że udaję, że tak nie jest. Może nie powinnam udawać? Tylko nie wiem, co powiedzieć. Współczuć, że ktoś nie ma odwagi?

Samochód. Auto. Ta rzecz staje się niezbędna. Do końca życia wdzięczna będę siostrze, która namówiła mnie na zrobienie kursu prawa jazdy i podejście do egzaminu. Inni wątpili w to, bym kiedykolwiek miała sama jeździć. Mobilność jest konieczna przy przemieszczaniu się z gabinetu do gabinetu, z miasta do miasta, z domu do pracy i odwrotnie.  O ile inni myślą o tym, jaki model jest na topie i planują zakup lepszych czterech kółek, o tyle u nas wygląda to kompletnie inaczej. Zaciskamy mocno kciuki, by jeszcze nasze auto dało radę, by nie posypało się na drodze, wszak do najmłodszych nie należy. Sprawne musi być, przewożę nim największy swój skarb - moje dzieci. Mam jednak świadomość tego, że rzeczy się zużywają. I to mnie przeraża,bo na dzień dzisiejszy zasobność naszego portfela nie pozwala na szaleństwa w kwestii motoryzacji.

Dobra materialne. Szeroka kategoria. Meble. Ubrania. Biżuteria. Itp. U nas należałoby wyliczać nieco inaczej: dieta, sprzęt ortopedyczny, leki. I to materialne, i to - nie da się ukryć. Tylko tworzywo nieco inne, ale kto by się tam przyglądał szczegółom, prawda?

Życie kulturalne. Od zarania dziejów człowiek lubi dostarczać swojej duszy rozrywki. XXI wiek niesie ze sobą mnogość doznań intelektualnych i estetycznych. Niestety, kino, teatr, filharmonia to kultura w cenie. Dosłownie. Od czasu do czasu zapewniam starszemu M. wypad do kina. Częściej skupiamy się jednak nad rozwijaniem intelektu poprzez czytanie (podziękowania dla bibliotek), rozmowy, czy empiryczne poznawanie świata w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy. Kultura jest wszędzie. Czy niska, czy wysoka, zależy tylko od nas i od tego, jak do niej podchodzimy.

Nie myśl sobie, przypadkowy czytelniku, że próbuję tutaj narzekać. Co to, to nie! Próbuję tylko pokazać, że świat ma różne barwy, różne punkty widzenia zależne od punktów siedzenia. Jestem niepoprawną optymistką, bo widzisz, pesymizm nic nie wnosi. Nic nie zmienia. Optymizm - owszem. Niebo nie jest szarobure, tylko jest cudownie szare.

Nie czepiam się, bo patrzę dziś
Na świat bezkrytycznie

Nie mądrzę się, bo można od
Zbyt uczonych tyrad dostać świra


To wszystko na dzisiaj. Za jakiś czas nasz słownik pewnie znowu ewoluuje. Robi to cały czas. My podążamy za nim albo na odwrót - on za nami. Kto by jednak nadążył...

niedziela, 12 czerwca 2016

List do Stwórcy



Drogi Stwórco,
ośmielam się do Ciebie pisać. Chciałam potraktować to jako rodzaj rozmowy, ale zakładam, że skończy się, jak zwykle, na monologu. Przekonałam się już nie jeden raz, że jeśli  odpowiadasz, to swymi czynami. Bardzo często nie jestem nimi zachwycona. Zdarza się, że obchodzisz się ze mną łagodnie, ale ostatnio raczej dosyć rzadko.

Nie podważałam Twego istnienia. Do czasu. Pewnego dnia wystawiłeś całą moją wiarę na próbę. Pewnego dnia byłam na Ciebie zła. Tak, zła! Próbowałam szukać Twego miłosierdzia. Na próżno. Jak można mówić o miłosierdziu w przypadku cierpienia dzieci? Gdzie jesteś, gdy chorują? Gdzie jesteś, gdy podłączają ich ciała do tysiąca przewodów, wkłuwają się setny raz wenflonem w kruche żyły? Dlaczego nie reagujesz, kiedy te żyły pękają? Gdzie Twoja litość, gdy pęka serce rodzica? Widziałam moje dziecko w plątaninie kabelków. Każdy był od czegoś innego. Każdy odpowiadał za coś, a razem wyznaczały regularny rytm na monitorze z parametrami. Gdzie byłeś wtedy, kiedy Nowy Rok witałam morzem łez, bo mój syn walczył o życie? Fajerwerki roztrzaskiwały moje myśli w miliony kawałków. Biłam się z nimi. Mogłam być z własnym dzieckiem tylko dwie godziny dziennie. Na szczęście czuwały przy nim Anioły. Nie, nie te Twoje niebiańskie. Anioły w fioletowych uniformach pielęgniarek z intensywnej terapii.

Kolejny raz zaskoczyłeś mnie swoim brakiem litości, gdy okazało się, że J. jest niepełnosprawny. Powiem Ci, że to był chwyt z serii tych poniżej pasa. Wygraliśmy walkę o życie, ale jakie życie? W porządku, Twój kolejny sprawdzian. Wiesz, że ja tak szybko się nie poddaję. Wiesz, że wszędzie szukam pozytywnych stron. Zacisnęłam zęby i postanowiłam udowodnić, na co nas stać. Chyba nie spodobała Ci się nasza postawa, bo usilnie chciałeś pokazać, kto tu rządzi. Udało Ci się. Padłam na kolana dostając cios za ciosem, a właściwie diagnozy moich dwóch synów. Chichot losu. Wiesz, jakie pytanie wtedy wciąż zaprzątało mój umysł? Wiesz. Ty wiesz wszystko, ale nigdy nie odpowiedziałeś mi, za co to wszystko. Tak przy okazji, to chciałam Ci powiedzieć, że kiepsko wybierasz swoich przedstawicieli na Ziemi. Tych, którzy noszą miano księży. Są kompletnie oderwani od rzeczywistości. Nie potrafią rozmawiać o wierze, cierpieniu. Stać ich na kazania budowane często na pustych sloganach. Powiem Ci, że mnie rozczarowali. Może kiepsko trafiłam, niemniej jednak zastanawiałam się, czy ktoś taki powinien głosić Twoje słowo.

Tak. Był czas, gdy się na Ciebie obraziłam. Tak po szczeniacku, dziecinnie. Byłam zła. Wykrzyczałam po cichu swoje żale. Po wypłakanym morzu łez łkałam sucho. Był czas, gdy nie chciałam mieć nic z Tobą wspólnego. Mówiłam "To nie jest mój Bóg". Zastanawiałam się, co czuł ten biedny Hiob, gdy bezdusznie okładałeś go cierpieniami. Przez chwilę wydawało mi się, że prawdziwy Stwórca nie mógłby zrobić tego swemu dziecku. Ty zrobiłeś. To trochę nie fair. Jak można wystawiać na próbę własne dziecko? Ktoś, kto kocha, robi to bezwarunkowo. Nie sprawdza miłości. Nie kontroluje jej. Ufa w nią.

Udało Ci się. Wierzę. W moje dzieci, we własną siłę, w innych ludzi. Tak, w Ciebie też. Lekcja pokory od życia w postaci Twojego Boskiego planu przyniosła efekt. Nie wiem, czy zamierzony, bo nie mam pojęcia, co chciałeś osiągnąć. Odkryłam w sobie moc do pokonywania trudności. Znalazłam siłę do walki o normalność dla moich dzieci. Nauczyłam się, że słowo "niemożliwe" definiuje tylko ludzi słabych. To, co wydaje się nieosiągalne, wymaga ode mnie nakładów większego zaangażowania, czasami nadludzkiego. Uczyniłeś ze mnie w pewnym sensie nadczłowieka. Zsyłając nieszczęścia pokazałeś, jak należy doceniać drobne szczęścia dnia codziennego.

Uwierz, że wiele się nauczyłam. Każdego dnia dziękuję Ci za to, że jestem mamą najcudowniejszych dzieci na świecie. Dzieci wyjątkowych. Dzieci, które nauczyły mnie pełni człowieczeństwa i dały największy skarb - macierzyństwo. Ci chłopcy sprawiają, że jestem lepszym człowiekiem. Zauważam o wiele więcej. Dziękuję.

Mam nadzieję, że jesteś zadowolony. Ludzie są stworzeni na Twoje podobieństwo. Popełniają błędy, wątpią, bo mają wolną wolę. Sam im ją dałeś. Mam to szczęście być człowiekiem. Potykam się o różne trudności w życiu. Zatrzymuję. Ruszam dwa kroki do przodu, by za jakiś czas cofnąć się o jeden. Tak bardzo chcę jednak wierzyć, że kochasz, a doświadczając nas sprawiasz, że jesteśmy silniejsi. W wierze też.

Na koniec proszę Cię, abyś nie zapominał jednak o tym, że ja też lubię, gdy szczęście spotyka mnie ot tak. Niekoniecznie muszę się go uczyć na cierpieniu. Wystarczy. Boję się, że któregoś dnia braknie mi sił i żadna wiara nie podniesie mnie z kolan. Będziesz wtedy zadowolony?

Nie odpisuj. Czekam.

Twoja A.

czwartek, 26 maja 2016

Skarb



Zastanawiałeś się kiedyś, rodzicu, ile warte jest życie Twojego dziecka? Pewnie się teraz oburzasz, bo jak można wyceniać życie dziecka? Oczywiście, masz rację. Rozumiem. Udowodnię jednak, że nie chodzi mi o bezduszne statystyki rodem z ksiąg rachunkowych, czy notowania giełdowe. Wartość mierzy się na wiele sposobów.

Dzięki moim synom każdego dnia staję się lepszym człowiekiem. M. nauczył mnie troski, cierpliwości, oddania. Przy J. jest to wyższa szkoła jazdy, jak mawiają niektórzy. J. nauczył mnie miłości bezwarunkowej, bez stawiania wygórowanych celów. Pokazał mi, czym jest radość i na czym polega szczęście. Moje dzieci to wartość dodana w moim życiu. Brzmi być może dziwnie, wiem. Mam jednak świadomość tego, że nie byłabym tym kimś, kim jestem teraz, bez moich dzieci.

Nie ma rzeczy niemożliwych. To nie pusty slogan, ale motto życiowe, które na pewnym etapie obrałam za swój cel.  Chociaż niektórzy mawiają, że się nie uda, nie warto, nie da rady, staję na przekór, podnoszę rękawicę od życia i udowadniam, przede wszystkim sobie, że niemożliwe może być możliwe. Bywa, że jestem Don Kichotem, ale zdarza się też, że łapię wiatr i podążam z nim do celu, a wiatraki tak na dobrą sprawę stają się moimi odrzutowcami.

Kocha się bezwarunkowo, niczego nie oczekując. Moje dzieci nie są od spełniania moich marzeń, chociaż spełniły najważniejsze - jestem mamą. Nie mam chorych ambicji względem swoich synów. Moim pragnieniem jest to, aby byli szczęśliwymi i dobrymi ludźmi. Marzę o ich samodzielności, przede wszystkim w myśleniu.

Mam w sobie pokłady empatii i cierpliwości. Wiem i rozumiem, że dziecko mogło nie odrobić zadania domowego z powodu śmierci chomika. Nie postawię mu wtedy oceny niedostatecznej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a żadnej tragedii nie mamy prawa krytykować. Nauczyłam się też, że czasem lepiej pomilczeć, policzyć w skupieniu i myślach do 10, 100, a nawet 1000. Milczenie jest złotem, prawda?

Dziecko to człowiek. Ma uczucia. Przeżywa dylematy i rozterki. Na co dzień też zmaga się ze stresem. Temu malutkiemu człowiekowi należy się przede wszystkim szacunek. To punkt wyjścia do jakichkolwiek późniejszych działań.

Ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Mam to szczęście, że spotykam ich na swojej drodze. Udowodnili niejednokrotnie, że warto wierzyć w człowieka. Za to im dziękuję. Pewnie, że zdarzają się ci nieco mniej przyjaźnie nastawieni, komentujący, uszczypliwi. Cóż, od reguły bywają wyjątki i wolę tak właśnie myśleć.

Ile warte jest życie moich dzieci? Odpowiedź jest prosta i złożona jednocześnie - moi synowie to moje życie. Bez nich nie byłabym mamą, tym człowiekiem, jakim jestem tu i teraz.  To oni pokazali mi, że świat jest wielowymiarowy i nawet szarość ma odcienie. M. i J. to moi najwięksi i najlepsi nauczyciele. Ich wiedza nie równa się z żadnymi habilitacjami i profesurami. To nauki zdobyte na wydziale zwanym życiem. Moim kierunkiem było, jest i będzie macierzyństwo, rodzicielstwo w najlepszym wydaniu, na jakie mnie stać.Będę banalna, no cóż - moje dzieci są dla mnie bezcenne. Na koniec niech zwieńczeniem refleksji będzie cytat z Exupery'ego:

"Tylko dzieci wiedzą, czego szukają".

sobota, 21 maja 2016

Droga



Wszystko na tym świecie ma swoje miejsce i czas. Nic nie dzieje się ot tak, bez powodu. Los stawia na naszej drodze ludzi, zsyła wydarzenia, które mają jakiś cel. Może nie zawsze jest on widoczny od razu, ale na pewno jest. Już starożytny Platon mawiał:

"Nic nie dzieje się przypadkowo, zawsze jest jakaś przyczyna i konieczność".

W czwartek byłam z J. u neurologa. Pani doktor bardzo kompetentna, rzeczowa. Wizyta, za którą warto zapłacić, bo badanie wnikliwe, wywiad z rodzicem również. Do tego neurolog przesympatyczna kobieta, nie owija w bawełnę, nie słodzi, nie daje złudnych nadziei, a jednocześnie przekazuje wiadomości językiem ludzkim, bez zbędnego żargonu medycznego i zawsze podkreśla, że medycyna ciągle się rozwija, pojawiają się nowe terapie, możliwości, więc nie można załamywać rąk.  Na koniec wizyty usłyszałam coś, co dodało mi skrzydeł, a jednocześnie zmusiło, siłą rzeczy, do refleksji. Pani doktor stwierdziła, że nasz synek ma ogromne szczęście, bo wychowuje się w rodzinie, która zapewnia mu maksimum stymulacji, aby pokonać niepełnosprawność, a na pewno w jakiś sposób zaakceptować to, co przyniosło mu życie. Na szybko, na gorąco, odpowiedziałam bez zbędnego zastanawiania się wtedy, że niebywałe szczęście to spłynęło na nas, bo nasze dzieci są wyjątkowe. Powiedziałam to, co akurat przyszło mi w tamtej chwili do głowy, a może nawet to, co zwyczajnie ślina na język przyniosła. Dopiero w drodze powrotnej, jadąc samochodem, doszłam do wniosku, że trafiłam w punkt. Słowa, które nagle wypowiedziałam, wypłynęły z serca.

Dzięki J. poznałam wielu fantastycznych ludzi - rodziców dzieci niepełnosprawnych. Ludzi o wielkich sercach i pięknych umysłach (tak, umysły mogą być piękne). Ci ludzie nauczyli mnie, że myśleć o życiu można w sposób piękny. Wyciągnęli do mnie rękę w chwili, gdy wydawało mi się, że świat się zawalił. Pokazali, że świat ma tyle wymiarów, na ile sami mu pozwolimy. Uświadomili mi także, że dziecko niepełnosprawne jest wyjątkowe. Stawia nam w życiu wyzwania i uczy prawdziwego człowieczeństwa. Prawdziwe człowieczeństwo z kolei  to ogromna lekcja pokory wobec losu, przeciwności, nauka szczęścia i cieszenia się z drobiazgów. Kiedy pozwolimy sobie otworzyć w naszym istnieniu inny wymiar, dostrzegamy piękno, akceptujemy inność.

Kiedyś powiedziałam, że mierzenie się z chorobą dzieci składało się u mnie z trzech etapów.  W pierwszym była to rozpacz. Ogromy żal do życia, Boga, losu. Ciągłe pytania "Dlaczego?". Był to moment załamania, czarnowidztwa, kryzys wiary, wartości itp. Po jakimś czasie przyszedł czas akceptacji, refleksyjnego pogodzenia się z losem, chociaż serce pęka. W tym momencie jestem na etapie trzecim, czyli działania. Owszem, los zesłał na nas to wszystko, ale z nami nie tak łatwo, walczymy, cieszymy się wszystkim, co pozytywne, odnajdujemy w sobie siłę i sprawiamy, że to, co z pozoru niemożliwe, staje się możliwe. Często jeszcze pojawia się etap drugi. Pewnie, że są chwile kryzysu. Zwłaszcza wtedy, gdy kontrolę przejmują demony strachu, zwątpienia, czy choćby zmęczenia. Ludzkiego zmęczenia, braku snu, stresu itp. Wszystkiego uczymy się od nowa. Zaryzykuję stwierdzenie i powiem, że dopiero teraz rozróżniamy kolory życia. Wbrew pozorom tych ciemnych jest mało. Zresztą "mało" to pojęcie względne. Ktoś mi ostatnio powiedział, że czuje się zmęczony, ale dla mnie to się korona należy. Hmmm... Nie tak to odbieram. Człowiek ma niebywałą zdolność do gloryfikacji cierpienia i smutku. Może wpisane jest to też w naszą narodowość ("Polska Mesjaszem narodów" itp.). Sądzę, że to kompletnie błędne rozumowanie. Jeśli będziemy stawiali na piedestał cierpienie, gloryfikowali je, rozwodzili się nad poświęceniem, to właśnie wtedy będziemy nieszczęśliwi. Kto powiedział, że cierpię? Kto uważa, że się  poświęcam? Nic bardziej mylnego. Dla mnie to naturalna kolej rzeczy. Odruch bezwarunkowy. Dla mnie takie postępowanie jest jak oddychanie powietrzem. Nie liczę na współczucie i litość. Nie. Oczekuję natomiast więcej akceptacji. Akceptacji tego, że ja mam inne priorytety, że moje dziecko jest niepełnosprawne, że moje dzieci zmagają się z walką o zdrowie. Nie potrzebuję żalu, bo to uczucie nic nie zmieni. Będzie mi jeszcze trudniej. Zamiast tego wyciągnij rękę i powiedz, że jesteś. Że będziesz, gdy będę chciała pogadać z 10 minut, zamienić kilka słów. Ot tak, po ludzku. Nie zapewniaj mnie, że wszystko będzie dobrze, bo nie możesz mi dać takiej gwarancji. Możesz natomiast zagwarantować, że wesprzesz mnie ciepłą myślą, modlitwą, jeśli wierzysz, czy wspólnym posiedzeniem w ciszy. To wystarczy. To dla mnie bardzo dużo. To więcej, niż możesz sobie wyobrazić.

Jestem szczęściarą. Nauczyłam się życia. Może jeszcze nie potrafię go pięknie deklamować i pewnie nigdy nie będzie mi to dane, ale na akademii zwanej "Los" nie unikam występów. Bywają nieudane. Czasem potykam się tuż przed wejściem na scenę. Czasem nawet nie daję rady wejść, ale jak już się wdrapię, to czerpię z reflektorów całe ciepło. Napawam się zapachem istnienia. Moje dzieci są moją siłą. Moim paliwem, które daje mi pęd. Dzięki nim kocham życie. Nawet wtedy, gdy napotykam kłody. Znalazłam  piękny cytat Buddy. Niech będzie on konkluzją dzisiejszych rozważań:

"Nie ma drogi do szczęścia. To szczęście jest drogą".