sobota, 31 grudnia 2016
***
Dawno nie pisałam. Niemoc słowna mnie dopadła niczym grypa. Nagle okazało się, że słowa są nie do opisania i odpuściłam.
Za progiem czeka rok 2017. Zwyczajowo ludzie składają obietnice, postanowienia. Czasami przyziemne, trywialne, czasami odwrotnie. Nie chcę być gołosłowna (ach, znowu te słowa) i nie będzie żadnych obietnic. Poza tym, co mogę sobie postanowić?
U drzwi kolejnego roku mamy też takie zapędy, aby podsumowywać ten mijający. Snujemy refleksje, staramy się wyciągać wnioski. Czasami zastanawiamy się, co by było, gdyby... W gdybaniu jesteśmy mistrzami. Też tak mam. W konsekwencji pojawiają się kolejne nieprzespane noce i bezsensowna frustracja. Nie będę zatem rozpamiętywać.
Nie bez powodu hucznie obchodzi się koniec roku i jeszcze huczniej wchodzi w nowy. Symbolika przekraczania pewnej linii jest bardzo wyraźna. Oddzielamy to, co było, od tego, co ma nastąpić. Kolejna tabula rasa, kolejna szansa. Nadanie temu wydarzeniu wagi w postaci chociażby świętowania ma aspekt psychologiczny. Bywa, że sama proponuję czasem swoim wychowankom, że od teraz zaczynamy od nowa, przekreślam to, co było, zapominam o tym, co złe. Zaczynamy od nowa z nowymi szansami. Bywa, że namacalnie robię czarną grubą linię markerem w zeszycie lub na kartce. To symboliczny początek.
Właściwie celowo nie chcę początków. Nie będę zatem niczego oddzielać. Czasami mam tak, że chciałabym... się zatrzymać. Móc na chwilę stanąć. Zatrzymać czas. Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...
Nie będzie postanowień, ale mam marzenia. Takie, wiecie, do spełniania, może niekoniecznie spełnienia. Chciałabym znaleźć czas. Trochę więcej czasu. Jak Proust poszukać tego straconego albo odnaleźć ten schowany w innym wymiarze. Co bym zrobiła z czasem? Słodkie NIC. Totalnie NIC. Właśnie po to mi on. Chciałabym jeszcze odpocząć. Taki normalny urlop, wystarczyłoby kilka dni. Do tej pory czas wolny wykorzystujemy na lekarzy, turnus, ćwiczenia, badania. Przydałyby się wakacje. Zwyczajne w sposób dla nas niezwyczajny. Patrzylibyśmy w niebo i układali z chmur obrazy. Kiedyś mój mąż obiecał mi, że zabierze mnie w góry, których nigdy nie widziałam. Jeszcze się nie udało. Niech zatem takie "uda się" się stanie. Nie musi w tym roku, ale niech stanie się kiedyś. Marzę jeszcze o słońcu. Zawsze. Mimo ciężkich i szarych chmur nad głową. Mimo smutnych jezior w oczach. O słońcu, w cieple którego można się ogrzewać. Tylko że... taki mamy klimat.
Piszę z doskoku. Nieregularnie. Zdarzają się momenty, kiedy słowa nie potrafią wyrazić tego, co chce się powiedzieć. Język uwiązł w gardle kilka razy. Ludzie. Ludzie są dobrzy. Mają w sobie mnóstwo ciepła. Mnóstwo empatii i niosą dobro. Takie ludzkie, życzliwe. Były takie chwile w tym roku. Wbrew pozorom to był dobry rok. Przełomowy.
Życzę Wam wszystkim miłości. Od tego należałoby zacząć. Miłości do siebie nawzajem, do drugiej osoby, do dzieci, do tego, co wokół. Miłość cierpliwa jest, łaskawa... Życzę też wiary. W co? Jedni odnajdą ją w Stwórcy, inni w ludziach i świecie, ale przede wszystkim - wierzcie w siebie. Niezależnie od kryzysów, porażek, miejcie determinację i odnajdujcie spokój wewnętrzny.
Do napisania w przyszłym roku.
sobota, 17 grudnia 2016
***
- Trudno być obojętnym, gdy na oczach wszystkich rozgrywa się dramat. Dreszcz przerażenia, niedowierzanie, że w XXI wieku tak można. Że w czasach, gdy wolność i demokracja powinny być wartościami nadrzędnymi, z premedytacją, śmiejąc się w twarz, depcze się je.
- Być apolitycznym się nie da. W momencie, kiedy polityka z brudnymi, ubłoconymi butami, nie pytając o pozwolenie, włazi w moje życie prywatne i zagraża mojej wolności osobistej, moim interesom jako obywatela, nie można udawać, że się nie widzi. Bardzo często podkreślałam, że nie sympatyzuję z żadną partią, ugrupowaniem itp. Teraz jednak powiem stanowczo, że moja antypatia do obecnej większości w rządzie rośnie z dnia na dzień.
- Przy okazji 11 listopada pisałam, jak martwi mnie to, że historia lubi zataczać koło. Zasmucona byłam opiniami niektórych moich uczniów, którzy przesiąknięci hasłami typowo nacjonalistycznymi, byli dumni z głoszenia ich. Paralelizm dostrzeganej sytuacji przerażał mnie wtedy. Przypomniałam sobie totalitaryzm, faszyzm, nazizm. Ludzie ludziom zgotowali ten los.
- Z każdym dniem upewniam się coraz bardziej, że historia naprawdę lubi się powtarzać. Nie wyciągamy nauki z błędów, jakie ludzkość popełniła. Bezczelnie prowokujemy. Zapominamy o zwykłym człowieczeństwie w imię chorego i wybujałego ego. Boję się. Martwię. O to, co zastaniemy jutro i w jakim świecie przyjdzie nam żyć.
- (...) i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą - (...) . Nie musieli stawać pod drzwiami. Po cichu, pod płaszczem nocy, przepychali większość chorych ustaw. Niemym świadkiem mógł być tylko księżyc przyczajony za oknem zdradziecko. Gdyby było można, pewnie i księżyc zostałby wyproszony z nieba. No bo jak to, niebem rządzić nie będą? To księżyca ukraść nie można?
- Jakiś czas temu mieliśmy już małego człowieczka, który pociągnął za sobą innych, a w konsekwencji życie straciły miliony. Mały człowiek z chorymi ambicjami, artysta od siedmiu boleści ze swoją sztuką przez małe "s". Udowodnił, że z pozoru malutki lodowiec, pod taflą może kryć olbrzyma. Do dziś historycy, socjolodzy i specjaliści od psychologii zastanawiają się, jak to możliwe, że ktoś taki zrobił pranie mózgu innym. Jak to możliwe? A jak możliwe jest to, co się obecnie dzieje u nas? Zastanawia mnie, czy elektorat, który przepchnął obecny rząd, zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie rodzą się na naszych oczach? Czy nadal ślepo idą w zaparte niczym owce w swoim obłędnym pędzie?
- Głupimi rządzi się łatwiej. To zdanie jak bumerang wraca w moich myślach. Najpierw nas na siebie napuszczają tworząc kontrowersyjne projekty, jak te chociażby z ustawą antyaborcyjną. Skaczemy sobie do gardeł nie widząc, że tak naprawdę to tylko przykrywka. Podobnie rzecz ma się z mydleniem oczu 500+. Niedawno w dyskusji, jaka się wywiązała przy okazji innego tematu, ktoś słusznie zauważył, że 500+ tak naprawdę kosztuje 700-. Zacietrzewiamy się, kłócimy, obrzucamy błotem, a w tym czasie rozgrywa się tragifarsa, w której nasza rola zaczyna przypominać marionetkę pociąganą za sznurki.
- Ludzie, co się z Wami dzieje? Dlaczego pozwalamy, by ktoś indoktrynował nam moralność, zasady i sposób postrzegania rzeczywistości? Jestem przerażona nowym kanonem lektur. Przerażona i przekonana, że bardzo szybko zrodzimy wtórnych analfabetów, którzy o samodzielnym myśleniu nie będą mieli pojęcia. Przecież o to chodzi, no nie? Z podstawy programowej znikają treści związane z ewolucją, darwinizmem. Współczesne średniowiecze w wersji hard. Pozostają tajne komplety. Hmmm, to też już było, prawda?
- Wolność. Zawsze powtarzam, że wolność jest podstawowym prawem każdego człowieka. Wolność z zachowaniem szacunku do drugiej osoby. Z chęcią nawiązywania dialogu i szukania wspólnych rozwiązań. Teraz nie ma dialogu. Totalitarny bełkot w postaci indoktrynacji każdej sfery życia. Powolutku. Cicho. Jak kot na czterech łapach. Skrada się z ironicznym uśmieszkiem. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie, ale najpierw nakarmi naiwnych mruczeniem, obiecankami, głaskaniem pokornych. Wszystko do czasu.
- Umówiłam się z kimś przypadkowo, że za cztery lata zabiorę głos na temat tego, co się dzieje. Słyszę ciągle Ale dajmy szansę i wiecie, ja się boję, że tę szansę dajemy czemuś o wiele potężniejszemu i groźniejszemu, niż nam się wydaje. Obawiam się, że ta szansa pozbawi nas większych...szans.
wtorek, 13 grudnia 2016
Z serii listów z nieznanym adresem
Piszę do Ciebie ten list, chociaż podchodzę do tego bardzo sceptycznie. Czasy, kiedy wierzyłam, minęły prawdopodobnie bezpowrotnie. Jednak piszę. Może nie wszystko stracone?
Doszłam do takiego etapu w życiu, kiedy do pewnych spraw podchodzi się bardzo refleksyjnie. Do tego zrobiłam się sentymentalna. Wspominam. Rozpamiętuję. Przywołuję drobnostki. Właściwie nie wiadomo, komu to potrzebne i dlaczego tak robię. Wyciągam stare albumy. Gładzę fotografie, które mają duszę. To nie to samo, co setki zdjęć przesuwane palcem w smartfonie. Sepia, czerń i biel, pierwsze kolory. Śmieszne ubrania lat 80. Twarze, które pamiętam.
Jakie były Święta w moim rodzinnym domu? Ciepłe nie tylko od buchającego żarem pieca kaflowego w pokoju babci. To był czas, gdy zjeżdżała się rodzina z odległych krańców, by w tym miejscu zasiąść przy stole. Babcia z pieczołowitą starannością wyciągała przechowywany na tę okazję obrus. Brakowało w domu krzeseł i taboretów, więc znoszono ze strychu drewnianą ławkę, którą ścielono kocem. Choinka... Tani drapak, leciwy, ale wydawał się najpiękniejszy pod słońcem, gdy ustrojono go anielskim włosem. Przybijana rokrocznie do starej szafki nocnej. Do dzisiaj pamiętam bombki. Wzory. Kształty. Szklane kule, które ostrożnie wyciągałam z pudeł, by zawiesić na tandetnych gałązkach. Serce pękało, gdy coś upadło i roztrzaskało się na milion kawałków.
Czekałam na Ciebie co roku. Pisałam z młodszą siostrą listy. Marzyłam. Bajdurzyłam. Już wtedy powinnam zwątpić. Dlaczego? Zamiast wyśnionych kredek bambino dostałam jakieś woskowe mejd in czajna , którymi nie dawało się malować. Ślizgały się bezradnie po białej kartce rysując rozczarowania. Mimo wszystko tłumaczyłam Cię, bo może brakło bambino albo były za drogie, a tyle dzieci chciało przecież prezenty. Kiedyś poprosiłam o lalkę. Rzadko chciałam zabawki, ale tym razem było inaczej. Marzyła mi się taka z miękkimi rękoma, mrugającymi oczyma, z włosami, które można czesać. Pod choinką znalazłam sweter i plastikową namiastkę lalki z namalowanymi włosami. Myślisz, że byłam zła? Nie, znowu Cię usprawiedliwiałam. Przecież sweter był mi potrzebny, a lalka... Może właśnie jej nikt nie chciał? Pokochałam ją. Prezenty pachniały pomarańczami i galaretką w cukrze. Rarytasy tamtych czasów.
Wiesz, pękło coś we mnie, gdy okazało się, że Ciebie nie ma. Jesteś wymyślony. Któregoś razu zauważyłam, jak mama z ciocią podrzuca prezenty pod tę paskudną choinkę. Czar prysł, a ja poczułam się okropnie oszukana. Nikt nie przygotował mnie na tego typu rozczarowania. Żyłam utopią i marzeniami. Realizm tak bardzo mnie sponiewierał, że tamte Święta uważam za swego rodzaju dramat. Pomarańcze śmierdziały importem, gumowata galaretka stawała w gardle, a rozpakowany prezent okazał się szkaradną bluzką, której metka drapała nieprzyjemnie.
Zobacz, a jednak do Ciebie się dzisiaj odezwałam. Nie powinnam Ci już zaufać, bo dwa lata temu też nie stanąłeś na wysokości zadania. Pisałam ze starszym synem do Ciebie list. Nosiłam w sobie maleńkie życie. Pamiętasz, o co poprosił M.? Tylko o to, żeby J. urodził się o czasie i...zdrowy. I co? Lipa, nie sprostałeś niczemu. To były smutne Święta. Wigilię spędziłam słaniając się na nogach nad inkubatorem. Moje dziecko walczyło o życie, gdy gdzieś tam, w dalekim Betlejem, rodził się On.
Piszę. Rozmawiam z Tobą. Mój sponiewierany idealizm jest niepoprawny. Czasem słyszę o głupocie. W porządku. Pewnie skrajna. Wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? Ja Cię nadal tłumaczę. Na siłę próbuję sobie udowodnić, że każdego dnia dajesz mi swego rodzaju prezent. Może o niego nie prosiłam, ale dzięki temu doceniam każde małe szczęście. Okazuje się, że nie jesteś taki ważny. W Święta chodzi o coś innego. Spotykam wiele dobra. Namacalnie. Dotykam go. Wdycham zapach życzliwości. Wiesz, jak ona pachnie? Uśmiechem, spojrzeniem, zrozumieniem. Świat ma mnóstwo jasnych barw, których nawet depresja nie jest w stanie przytłumić.
Mój Drogi, nie proszę Cię w tym liście o nic szczególnego. Myślę, że nie masz takiej mocy sprawczej, by spełnić moje marzenia. Jeśli jednak posiadasz układy z kimś wyżej, szepnij słówko. Tylko jedna sprawa - niech Święta pachną magią ciepła zawsze. Niech te woskowe kredki rysują uśmiechy, plastikowa lalka cieszy się miłością, a paskudna bluzka z drapiącą metką stanie się krzykiem mody. Wszystko zależy przecież od tego, z której strony na to spojrzymy. Wspomnienia... Przechowuję je w bibule pamięci, żeby niczego nie zapomnieć i niczego nie zniszczyć szarpaniem się ze samą sobą.
Gdy pierwsza gwiazdka na niebie zabłyśnie w wigilijny wieczór, będę Cię wypatrywała. Mimo wszystko. W chmurach, bo tam najczęściej chodzę. Do zobaczenia?
Twoja A.
wtorek, 29 listopada 2016
Poniżej morza
Na początku czujesz niepokój. Ot, takie tam kołatanie serca, lekkie podenerwowanie. Czasami zadrżą ręce i coś z nich wypadnie, ale bez przesady. Ból głowy. O! Tak, często boli głowa. Paracetamol, ibuprofen, kodeina. Zmęczenie. To na pewno zmęczenie. Tak zwykle to tłumaczysz.
Niepokój narasta. Ból głowy nie ustaje. Żadne środki nie przynoszą ulgi. Migrena. Tyle się o niej mówi. Na bank migrena! Przecież pogoda ciągle się zmienia. Z tygodnia na tydzień inna. Ręce drżą bardziej, serce kołacze mocniej, kręci się w głowie. To musi być migrena.
Którejś nocy, leżąc w ciemności i goniąc uwolnione myśli, zdajesz sobie sprawę z tego, że nie śpisz. Ile to już? Tydzień? Dwa? Trochę więcej. Wstajesz. Herbata. Książka. Prasowanie. W bloku naprzeciwko w jednym oknie też złowieszczo świeci się lampa. Czyli ktoś też nie śpi. Herbata. Kolejna. Kawa. Czwarta nad ranem. Za chwilę szósta. Pora wstawać. W głowie pulsuje ból. Kręci się. Świat. Karuzela. Ręce drżą. Kawy! Szybko.
Któregoś ranka czujesz niemoc. Bolą nawet końcówki włosów. Paznokcie. Rzęsy. Powieki są takie ciężkie. Nie chce się. Nic. Zero. Mechaniczne czynności uświadamiają, że to nie ma sensu. Fabryka rzeczywistości.
Nie czujesz głodu. Bułka zjedzona rano wystarcza do wieczora, a czasem do kolejnego ranka. Kawa. Filiżanki. Kubki. Litry. Hektolitry. Jedyne kalorie. Zastanawiasz się nad opatentowaniem diety cud. Kilka kilogramów w kilka dni. Czy jak tak dalej pójdzie, to...znikniesz? Czy da się zniknąć świat?
No dobra. Jednak masz problem. To nie tylko zmęczenie. Migrena może i jest modna, ale nie da się na nią zrzucić wszystkiego. Na pewno nie zrzucone kilogramy. Za dużo ich. Za dużo. Dużo. Za. Ich.
Pozory. W końcu ktoś to wymyślił, aby móc je stwarzać. Pozornie twardy człowiek jesteś. No wiesz, taki ze stali, z marmuru, bij - nie zabij. Co nie zabije, to wzmocni i inne podobne farmazony. Dasz radę. No ba! Każdy to powtarza. Podziwia. Wow! Czujesz zażenowanie, bo wszystko to wielka mistyfikacja. Jaki marmur? Jaka stal? Człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać. Tere, fere! Rozpadasz się w środku na milion kawałków, podczas gdy inni podziwiają siłę. Żenada. Błazenada. Cyrk. Jesteś klaunem w roli głównej. Przerysowany makijaż skrywa rzeczywistość.
Któregoś dnia czara się przelewa. Wiesz, że musisz, ale... nie możesz. Nie tym razem. Boli. Dusza. Tęsknisz za morzem. Szumem fal, a nie setek myśli na minutę. Piaskiem. To nic, że nie umiesz pływać i już pewnie nigdy się tego nie nauczysz. Brakuje wydm. Sztormu na morzu, a nie w środku. Zapachu soli. Smaku wilgoci. Zamki na piasku. Gładzisz w pamięci każdą drobinę.
Jesteś w tak zwanym stanie poniżej morza. Nie chcesz nazywać rzeczy po imieniu, bo się wstydzisz. Słabości. Bycia tylko człowiekiem. Mama powinna być ostoją. Musisz pokazać dzieciom, że nic nie złamie rodziny. Choroba? Niepełnosprawność? Strach? No proszę Cię! Jesteś mamą! Musisz. Masz. Trzeba. Zawsze. Jak zawsze.
Któregoś dnia pęka niebo. Nie wystarcza muzyka. Kawa się kończy. Ręce zarażają drżeniem ciało. Wpadłaś. Spadłaś. Depresja. Tak ktoś inny to nazwał. Do morza coraz dalej. No dobra, jest problem.
Rozmowy. Godziny. Minuty. Sekundy. Dużo rozmów. To nieprawda, że trzeba być tylko silnym. Nie? Nie. Doktor od składania dusz zna się na rzeczy i stosuje socjotechniki. Niby o tym wiesz, a jednak ta gadka uspokaja. Lubisz od czasu do czasu pospierać się z nim na temat życia. Masz prawo drżeć. Masz prawo się bać. Masz. Prawo. Nikt nie może oczekiwać, że będziesz ze stali. Czyli nie da się zniknąć świata? Nie. Mimo wszystko jest...piękny. Coś na wyciszenie. Nie może otępiać, bo musisz mieć przytomność i jasność umysłu. Ręce przestają drżeć. Serce kołacze zdecydowanie rzadziej. Sen... nadal nie przychodzi, ale nocą uczysz się godzić z dniem. Czasem zjadasz coś więcej niż bułkę. Częściej się rozpogadzasz i dostrzegasz, że faktycznie łzy śmieją się, kiedy są za duże.
Jeśli chcesz sprawić, by ktoś był jeszcze dalej od morza, to wmawiaj mu, że MUSI mieć siłę, MUSI dać radę, MUSI się pozbierać. Myślisz, że to działa? Tak, jak płachta na byka. Sprawi, że owszem, bliżej wody ten ktoś będzie, ale po to, by w niej utonąć.
Przez ostatnie dwa lata moje "ja" jest na karuzeli. Raz kręci się do utraty tchu z wypiekami na policzkach od emocji. Innym razem opada, a metalowe łańcuszki skrzypią raniąc uszy. Nauczyłam się, że nic tak naprawdę nie jest nam dane na zawsze. Życie lubi śmiać się ludziom w twarz, gdy tylko czynią plany. Depresja. Oddala od morza. Schodzi do najczarniejszych zakamarków myśli. Nie wolno jej spuścić ze smyczy. Nie wolno myśleć, że przecież dasz radę. Zawsze. Jak zawsze. Nie.
Co mi pomogło? Klepanie po plecach jest miłe. Wmawianie, że jestem silna też, chociaż czasem czuję się z tym podle. Jak oszustka. Najbardziej oszukuję wtedy siebie. Wsparcie? Bardzo ważna sprawa, jednak to nie sprawi, że problemy znikną. Największym lekarstwem jest świadomość. Tego, że mamy problem, a depresja to nie taki nowy trend i trzeba szukać fachowej pomocy. Świadomość jednak przede wszystkim tego, że samo uzmysłowienie sobie słabości jest naszą największą siłą.
niedziela, 27 listopada 2016
Majorka w listopadzie - z dedykacją
Majorka w listopadzie. Niedługo minie 20 lat. Czasami mam wrażenie, że to zamierzchła przeszłość. Za chwilę wydaje mi się, że to było wczoraj.
Żyjemy w biegu. Takie czasy - ktoś powie. To konieczne - doda inny. Tak. Zdecydowanie. Niestety. Dzień spada za dniem z kalendarza w rytm kół lokomotywy. Tak to, no tak to, no tak. Coraz szybciej. Szybciej. Prędzej. Do przodu mknie. Cel? Czy to ważne? Byle do przodu. Coraz szybciej. Szybciej. Prędzej.
Zapomniałam. Nie pamiętam o czym. Nie wpisałam w terminarz ani w komórce nie ustawiłam przypomnienia. Chodzi mi jednak po głowie, że o czymś zapomniałam. Chciałoby się zaśpiewać po cichu Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Poproszę o stację z widokiem na czas. Niebo z widokiem na raj.
W kieszeni znajduję paragony. Dalej mam niewytłumaczalne skłonności upychania ich wszędzie. Kieszenie. Torebka. Szuflada. Historia. Pewnych zakupów. Historia jednej znajomości. Historia? Losie, nie! Opowieść. Opowieść o jednej znajomości? Też głupio, prawda? Nie pasuje. Wiem. Życie napisane przez jedną znajomość. Nieco lepiej, ale i tak nie jestem zadowolona z tego, co ułożyły słowa. Werbalizacja jest taka...niedoskonała? Tak, niedoskonała.
20 lat. Living is easy, life will be so crazy. Bardziej so crazy nie mogliśmy sobie wyobrazić. Is easy? Bardziej nie mogliśmy się mylić. Co do jednego tylko mieliśmy rację - Everyone does so you're on the race. Wyścig. Z czasem. Czas. Czas nas uczy pogody. Ducha. Skojarzenia. Jak z pistoletu maszynowego. Nie lubię broni. Tak, pacyfistka ze mnie. Brzydzi mnie przemoc. Nie widzę bohaterstwa w wojnach. Prawdziwy bohater walczy gdzie indziej. Na innym polu. W innym życiu. Nie do pojęcia.
Gdzie będziemy za kolejne 20 lat? Będziemy? Chcę. Półsłówka. Zdania nie są już potrzebne. Czasami wystarczają spojrzenia. Dwie pary oczu szukające na głębinie szalupy. Wymiana. Myśli. Myśl za myśl. Uczciwy handel. Handel? To nie tak. Jak? Nie wiem.
Wspólne bycie serc Nas dwoje Nastroje W bicie serc Na cztery się zmienia. Na cztery. Albert Schweitzer powiedział kiedyś, że szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli. Mieliśmy serca dwa. Mamy cztery. Miał rację.
I zbudujemy dom Bez strychów i bez piwnic Mieliśmy pojechać w góry. Jeszcze się nie udało. Uda? Się? Mieliśmy tyle rzeczy. Mamy jeszcze więcej. Kto by pomyślał...
Majorka w listopadzie. Bez paszportu. Niebo z widokiem na raj. Nasz raj. To niebo, to raj. Marzę, że za kolejne lat 20... W rytm kół lokomotywy: no tak to, tak to, tak to... Ciiii...
Gdzie jesteś Mały Książę gdzie (...) Czy tam gdzie świeci złoty wóz Oglądasz ziemię w swoich snach...
Trudny ze mnie człowiek. Czasem trzaskam drzwiami w emocjach. Ty później naprawiasz zamki i regulujesz zawiasy. Nie wpuszczasz demonów. Oswajasz koszmary. Boję się burzy. Panujesz nad piorunami. Zamykasz je w dłoniach. Niedawno ktoś mi powiedział, że zdałeś egzamin. Nieprawda. Ocena była tak oczywista, że nawet do niego nie podchodziłeś. Szczęście. Mnoży się...
Jesteśmy z innej bajki. Bujam w obłokach. Idealizuję wszystko i wszystkich. Przykro mi, gdy ktoś się z tego naśmiewa, ironizuje moje jestestwo. Ty... Ty twardo stąpasz po ziemi. Nie pozwalasz mi za bardzo odlecieć. Osuszasz łzy, gdy są za duże. Pomiędzy wersy wplatasz prozę. Życia. To najpiękniejsza poezja.
Nasze dzieci mają kolor Twoich oczu. Studnie bez dna. Piję z nich. Dają mi siłę. Ciemnobrązowa ambrozja. Nektar. Oni. Sens.
Majorka w listopadzie, gdy za oknem plucha. Wiatr wyje i przegania liście z kąta w kąt. Majorka. 20 lat temu. Teraz. Jutro.
Boję się Ukrytego we śnie Westchnienia...
I wtedy
Nie wierz swym oczom - Szepnął wiatr - Jeśli kochasz sercem patrz
niedziela, 20 listopada 2016
Przemijanie
Pewnego dnia pękło niebo. Nie, nie lunął wielki deszcz, jak to było w piosence Dżemu, tylko zgasło słońce. Jak to możliwe? - zapytacie. Możliwe. Nawet słońce bywa zmęczone.
Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci? Nie wiem. Nie doszłam do takiego etapu, w którym umiałabym wyjaśnić dorastającemu chłopcu, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Oczywiście, przechodziliśmy przez rybki, które pływały do góry brzuszkiem pod taflą akwariowej wody. Żegnaliśmy już trzy chomiki. To też było poczucie straty. Łzy. Pożegnania. Rozmowy o tym, że coś się kończy, a gdzieś indziej zaczyna. Ot, taka konstrukcja świata. Przychodzi jednak moment, gdy dziecko spotyka się ze śmiercią w innym wydaniu. Ludzkim. Osoby bliskiej. Gdy samo zaczyna czuć, że przemijalność dotyczy także jego. Jak rozmawiać?
Moja babcia odeszła, gdy M. miał cztery latka. Uczestniczył w uroczystościach pogrzebowych. Wtedy słownictwem dostosowanym do wieku tłumaczyliśmy, dlaczego tak się dzieje i co się stało. Owszem, było nawiązanie do religii i tego, że kiedyś się spotkamy. Patrzę na wszystko z perspektywy czasu i nie wiem, czy dzisiaj miałabym odwagę użyć takich słów.
Niedawno po długiej walce z chorobą zmarł były uczeń naszej szkoły. Na drzwiach budynku wisiało zawiadomienie i informacja o pogrzebie. Wracałam z M. do domu. Zawsze w drodze rozmawiamy o tym, co było w szkole, czy ma dużo zadane i tym podobne. Tym razem było inaczej. Na początku milczał. Później zapytał mnie nagle, czy jeśli ten chłopiec zmarł, bo na białaczkę nikt nie wymyślił lekarstwa, to co z nim i J. Lekarstwa też nie ma. Nikt nie posiada też wiedzy o ich chorobie. Są wyjątkowi, bo jedyni. Najbardziej jednak wstrząsnęło mną bezpośrednio zadane pytanie: Czy my też umrzemy? Fakt, że prowadziłam samochód, ułatwił mi zebranie myśli, bo nie musiałam od razu spojrzeć swemu dziecku w oczy. Powiedział głośno to, co tłucze się w mojej głowie od miesięcy. Wypowiedział słowa, których sama się boję. To już nie jest czterolatek, któremu można wszystko wyłożyć w prosty sposób. Co odparłam własnemu synowi? Prawdę. Powiedziałam, że nie wiem. Że najzwyczajniej w świecie nie wiem. Że każdy robi wszystko, co tylko w jego mocy, aby ich życie w przyszłości wyglądało w miarę normalnie. Po to są te badania, pobyty w szpitalach, wyjazdy do różnych poradni. Szukamy. Wszyscy. Sposobu na tę normalność. Na życie bez strachu i lęku o jutro. Powiedziałam, że mam nadzieję, że nauczą się żyć z chorobą, ujarzmią ją i zbudują swoją rzeczywistość, która nie będzie zbytnio odbiegać od życia innych ludzi. Nie wystarczyły mu moje wyjaśnienia. Drążył dalej. Czy się nie boję? Tak. Boję się, ale strach jest naturalny. Boimy się, bo czegoś nie znamy. Musimy to poznać i kontrolować. Nie do końca jestem zadowolona z tego tłumaczenia. Dlaczego? Wiem, że on też nie jest zadowolony. Nie chciał jednak wracać już do tematu. Nie naciskam. Chyba oboje potrzebujemy czasu.
Abstrahując od tej konkretnej sytuacji, która bezpośrednio dotyczy moich synów, mnie, nas, zastanawiam się, czy jest jakiś sposób na rozmowę z dzieckiem, gdy problem jest podobny. Nie, nie podeślę mu "Oskara i pani Róży", bo nasze zakończenie ma być inne. Będzie inne. Musi.
Lubię dzieci oraz ich sposób myślenia. Operowanie konkretem. Prostolinijność. Mam pracę, która pozwala mi każdego dnia nabywać nowe doświadczenia. Dyskutowałam ostatnio z klasą szóstą o przemijaniu. Dlaczego boimy się przemijania? Padały różne odpowiedzi. Przy jednej zatrzymałam się dłużej. Przemijanie nas przeraża, nie lubimy go, bo sprawia, że jesteśmy bliżej końca. Koniec nie jest fajny, ponieważ nigdzie się już nie podąża. Jak koniec podróży. Lepszej odpowiedzi nie znalazłabym przeglądając rozprawy filozoficzne. Koniec nie jest fajny.
***
Pewnego dnia pękło niebo. Zmęczone słońce postanowiło zgasnąć. Świat okryła zimna ciemność. Chłód obejmował ramionami dorosłych, dzieci, ale przede wszystkim wkradał się w zakamarki umysłów. Myśli broniły się. Biegały jak szalone obijając się o siebie nawzajem, a w ciemności i chłodzie powodowało to tylko chaos. Zewsząd słychać było zawodzenie i jęki. Niektóre z nich były tak przenikliwe, że bolały. Bolały każdy centymetr ciała. Ratunku! - wołał człowiek. Szarpanie się ze sobą było bardzo bolesne. Gorsze od najbardziej wymyślnych tortur. W tym nieładzie jakimś cudem zakiełkowała jedna pozytywna myśl. Maleńka niczym dopiero co pęknięte ziarenko. Jeszcze niezakorzenione. Aby rosnąć, potrzebowała ciepła i światła. Skupiła więc wokół siebie inne myśli, by było cieplej. Podały sobie ręce. Otoczyły pozytywną myśl. Chuchały na nią. Chroniły dłońmi przed przeciągami z bezradności. I wtedy stał się kolejny cud. Niemrawo, powoli wzeszło słońce. Nie było tak jasne jak kiedyś, ale nawet blade światło wystarczyło, by zacząć żyć od nowa. Nie ma końca tej bajki. To początek następnej. Bez końca.
sobota, 12 listopada 2016
Ojczyznę kochać trzeba i szanować...
Przypominam sobie opowieści babci i dziadka. Wojna, szukanie schronienia, rozstrzeliwanie. Rodziców na oczach dzieci. Potworność. Walka. Krew. Przelana. Dzisiaj czara goryczy.
Trudno mi powiedzieć, czy jestem patriotką. Raczej nie. Szanuję historię, a jednocześnie drażni mnie ona. Nie mogę zrozumieć ciągłego gloryfikowania męczeństwa. Polska Mesjaszem narodów. Akurat! Lubię spacery z dziećmi w pobliskim parku, lubię nasze mieszkanie, moją pracę, ale gdybym była pewna, że gdzieś indziej czeka na nas lepsze życie, spakowałabym się bez mrugnięcia okiem.
Zdarza się, że włączam telewizję. Ostatnio nawet prawie codziennie, by obejrzeć jakieś serwisy informacyjne. Dziwi mnie to samą, bo tej pory miałam wrażenie, że nasz stary telewizor służy tylko do zbierania kurzu. Obejrzałam wczoraj. Żeby nie było, że nieobiektywnie. Postanowiłam na dwóch różnych kanałach. Skrajnie różnych. Nie znalazłam tam Polski, za jaką chciałabym oddać życie z pieśnią na ustach. Tak, jednak nie jestem patriotką.
Kilka lat temu przygotowywałam z klasą uroczystą akademię z okazji rocznicy odzyskania niepodległości. Zrobiliśmy teatr. Teatr gestu. Trzech uczniów ubranych na czarno było zaborcami. Polską była dziewczynka w sukni z biało - czerwonej bibuły. Zaborcy nią popychali, szarpali, aż...rozerwali suknię na trzy części. Jako podkład muzyczny służyło Nokturn - cmoll Szopena. Przypomniałam sobie wczoraj wszystko. Wtedy razem z dziećmi przeżywałam całą inscenizację. Było wzruszenie. Bolesne rozdarcie duszy ze ściśniętym gardłem. Wczoraj łzy niebezpiecznie zakręciły się w oczach. Nie, nie na wspomnienie tamtych chwil. Ze smutku. Prawdziwego.
Jako naród dalecy jesteśmy od prawdziwego patriotyzmu. Na co dzień zajmujemy się ideami, które nic z nim wspólnego nie mają. Ci, którzy głośno wykrzykują patriotyczne hasła, tak naprawdę wycierają nimi twarz. Wyświechtane to wszystko do obrzydzenia. Mdli mnie od udawanych gestów, odznaczeń wartych nie więcej niż order z ziemniaka, marszów każdej ze stron. Marsze. Nie mają kompletnie nic wspólnego z radością związaną z niepodległą Polską. Stały się powodem do potyczek pomiędzy stronami. Race, kominiarki, krzyki. Po drugiej stronie nie lepiej. Absurd goni absurd, prawdziwy teatr groteski. Jedyna różnica to ta, że przedstawienie wymyka się spod kontroli i wciągnęło widzów do tego stopnia, że mamy coś na kształt reality show.
Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba Podnoszą z ziemi przez uszanowanie Dla darów nieba... To już nie jest ten kraj. Norwid by pewnie zapłakał, Piłsudski załamał ręce. Kto ty jesteś? Polak mały. (...) A w co wierzysz? W Polskę wierzę! Naprawdę?
Kłócimy się. Obrzucamy błotem. Liczy się tylko to, czyje będzie na wierzchu. Skakanie do gardeł. Sfora napuszczanych na siebie psów. Zacieranie rąk. Załamywanie. Rzeka podskakujących głów. Rzeka łez. Nie ma wspólnego interesu.
Skrajności. Wszędzie. Rozmawiam z uczniami o tym, kim jest patriota. Słyszę, że powinno się wygnać Arabów. Słyszę to od dzieci. Za chwilę ktoś mówi: Islamiści do piachu. Wzdrygam się. Coś sobie przypomniałam. To już było. Pamiętacie? Żydzi do gazu. Mam ciarki. Naprawdę. To nie jest patriotyzm. Wstaje chłopiec i dumnie mówi: Bo ja jestem nacjonalistą. Nie ma we mnie dumy z ucznia. Smucę się. Skrajności. Skojarzenia z faszyzmem mam tak wyraźne, że robi mi się słabo i niedobrze. O to walczył mój dziadek? O nienawiść? Do kraju tego...
Fanatyzm. To też już było. Stado owiec pędzących za przywódcą. Nie wyciągamy wniosków z historii, a temu powinna ona też służyć. Nie boimy się powtórki, a przecież historia lubi zataczać koło...
Mówię dzieciom, że skrajny nacjonalizm jest zły. Bardzo zły. Mówię, że wojna to też nie jest dobre rozwiązanie. Dopóki nie nauczymy się szanować innych, ich poglądów, to żadnym bohaterstwem nie będzie przelewanie krwi. Krew. Przelana. Czara goryczy coraz bardziej we mnie. Mam żal. Do polityków, ludzi, do... Polski. Do Ciebie. Siebie też. Pozwalamy na to. Gdzie rozum? No gdzie? Pytam! Ciemno wszędzie, głucho wszędzie...
Patrzę na buzie dzieci. Zaczerwienione z emocji po dyskusji. Niektórzy tak zaciekle bronili swego zdania, że doszło do niezbyt ładnych przepychanek słownych między nimi. Kolejne skojarzenia - Wiejska! Jak uczyć patriotyzmu w sytuacji, gdy teraźniejszość z ubłoconymi butami włazi bezczelnie i nie pyta, czy może? Jak uczyć miłości do ojczyzny, gdy przestaje się ją kochać? Jak uczyć szacunku do siebie nawzajem, gdy dzieciaki przychodzą przesiąknięte na wskroś ideologią dorosłych? Szacunek. Moje prawa kończą się tam, gdzie zaczynają Twoje. Odwrotnie ta sama zasada. To takie trudne?
Mam taką malutką nadzieję, że któregoś dnia siądziemy przy wspólnym stole. Okrągły co prawda już był, ale przydałby się raz jeszcze. Bez stron, kantów, (w)rogów. Marzy się mi, że człowiek człowiekowi zostanie...człowiekiem. Marzę, że ten mały chłopczyk z wypiekami na twarzy zrozumie, że Ludzi jest dużo będzie jeszcze więcej więc posuńcie się trochę Ustąpcie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






