niedziela, 22 stycznia 2017
***
Nie mówię szaro jest, lecz że jest...cudownie szaro. Lubię tę piosenkę w wykonaniu Jandy. Jest fantastycznie. Jest?
W krótkiej wymianie zdań z kimś w tym tygodniu padło frazesowe Szczęśliwi czasu nie liczą. Wcale nie takie frazesowe. Okazuje się. Cztery słowa. Każde przesiąknięte sensem. Szczęśliwi. Czasu. Nie. Liczą.
Tydzień uciekł tak szybko, że czas tylko przeciekł przez palce. Nie zdążyłam go nawet nawlec na szpulki godzin, minut, o sekundach nie wspominając. Tempo. Prędzej. Już. Teraz. Zaraz. Kalendarz bezlitośnie przypomina, że kolejny tydzień przemknął skradając się i kradnąc czas. Bez konsekwencji. Nie ma na to paragrafu.
Czas to taka materia bezkształtna, której nie można dotknąć. Nie myślimy o nim w kategoriach namacalności, a jednak bezczelnie wpływa na wszystko, co się wokół dzieje. Cierpliwość. Takie coś, co pozwala przetrwać i udawać, że przecież czasu ci u nas dostatek. Zasłona dymna. Nadzieja. W kolorze szarym. Nie mówię szaro jest, lecz że jest...cudownie szaro.
Ludzie mają wielkie serca i lubią rozsiewać dobro. Mieliśmy w tym tygodniu niespodziewanych gości. Zaskoczenie. Zdumienie. Bo jak to? Bo skąd? Ot tak? Usłyszałam, że jesteśmy wyjątkową rodziną, z której emanuje ciepło i bliskość. Coś, co przeważnie ludzi dzieli, u nas pokazuje, że może być przeciwnie. Głupio mi, bo to nie tak. W nieszczęściu mam...szczęście. Mój mąż każdego dnia daje dowody tego, że jest najlepszym tatą na świecie. Nie wystraszył się. Nie uciekł. Nie usłyszałam złego słowa. Nie musiał mówić nic. Jest. Tego, że jest najlepszym partnerem do życia, udowadniać nie musi. Słów nam nie potrzeba. Bezgłośne spojrzenia mówią więcej. Rozmowy do czwartej nad ranem. Rozmowy bez słów. Ale jak? Tak. Oczy znają swoje adresy. My znamy się ponad połowę naszego życia. Do przeżycia. Nie do pojęcia. Codziennie spotykam rodziców dzieci chorych, niepełnosprawnych. Więcej wśród nich matek. Dużo. Za dużo. Za.
Bo jednak mnie i tobie się przydarzyło coś co bardzo przypomina miłość.
Mickiewicz pisał, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Coś w tym jest. Nie jestem typem otwartym na przyjaźnie, bo moja osobowość taka bardziej introwertyczna, poza tym lubię samotność, ale mam wrażenie, że czuwają nad nami ziemskie anioły. Rozpościerają swoje skrzydła i chronią od dotkliwych razów, jakie od czasu do czasu wymierza życie. Zadzwoniłam przed Świętami do koleżanki. Podziękować. Tylko tyle mogę. Powiedziała mi, że nie muszę, nie trzeba, bo tak naprawdę jestem dla niektórych wzorem. Wzorem mamy, która zrobi dla swoich dzieci wszystko. Wzorem kogoś, kto tak łatwo się nie poddaje, kto z optymizmem wypatruje jutra, od kogo można się wiele nauczyć. Hmmm. Kochane Wy moje, to wielka mistyfikacja jest. Przyznaję się do oszustwa. To nie tak, że podniosłam rękawicę i patrzę życiu prosto w oczy. Boję się. Ja się cholernie boję. Najlepszą obroną jest... atak. Prawda stara jak świat. Optymizm? Znowu oszukuję. Optymizmu u mnie nie ma. To tylko taka maska, by odstraszyć pesymizm. A w nocy, gdy myśli puszczam wolno, przychodzą demony strachu i chwytają mnie za gardło. Ściskają tak mocno, że płaczę z bólu. Wylewam całą gorycz, by rano pozbierać się w jeden kawałek z miliona pogubionych. Od nowa. Czasem coś nie pasuje. Uwiera wciśnięte siłą nie na swoje miejsce. Tylko że...życia nie da się poprawić jak niezaliczonego kolokwium.
Dlatego mówię sobie sam, że jest fantastycznie!
sobota, 14 stycznia 2017
W szkole
Lubię swoją pracę. Ten moment, kiedy pokazuje się młodemu człowiekowi różne drzwi, a on decyduje, które otworzy i czy skorzysta z takiej okazji. Lubię rozmowy z dziećmi. Dyskusje, które pokazują, że świat nie jest biało - czarny, a samodzielne myślenie to priorytet. Jednocześnie ubolewam nad tym, że zbyt wiele jeszcze wiedzy encyklopedycznej w programach. Wiedzy, którą na dobrą sprawę można pokazywać inaczej, ciekawiej i w ten sposób, by okazała się ona przydatna w życiu.
Doświadczanie powinno stać się podstawową metodą w nauczaniu. Być może dlatego tak bardzo fascynuje mnie pedagogika Montessori. Staram się na co dzień przemycać jej elementy na grunt szkoły powszechnej. Nie jest to łatwe zadanie. Od lat mówi się, że zbyt wiele w naszych szkołach teorii, uczenia rzeczy naprawdę niepotrzebnych. Zamiast uczeń zna, uczeń wie, marzę o częstszym uczeń potrafi, uczeń rozumie. Rozumie. Rozumie przede wszystkim to, po co jest w szkole i do czego będzie mu służyć nabywana wiedza.
Dzieci w większości pierwszy raz przychodzą do szkoły zafascynowane. Cieszą się z nowych zeszytów, przyborów. Z namaszczeniem wygładzają kartki podręczników i zeszytów. Układają kredki według kolorów. Są ciekawe. Wszystkiego. Tego, co kryje się w biurku pani, co w szafkach, na ścianach, na tablicy. Po pewnym czasie obserwujemy delikatną niechęć, ciekawość zamienia się w nudę, a nauka staje się przykrym obowiązkiem. Skąd taka zmiana? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Pewnie, że postępowanie według ustalonych zasad panujących w grupie może być dla niektórych jednostek trudne. Smutne jest jednak to, że zdobywanie wiedzy wydaje się małemu człowiekowi być procesem trudnym i mozolnym. Nauka nie jest przyjemnością. Dlaczego?
Mam to szczęście uczyć przedmiotu, który daje mi duże możliwości bycia elastycznym. Mogę prowadzić rozmowy, dyskusje i to właśnie z nich bardzo wielu rzeczy się od dzieci dowiaduję. Jeśli dajemy możliwość wypowiadania się uczniom, realizacja tematu staje się przyjemnością, a nabywanie umiejętności kluczowych z podstawy programowej odbywa się niepostrzeżenie, jakby przy okazji. Naprawdę mamy fajne dzieciaki, które wiele rozumieją z tego, co się wokół nich dzieje. Czasami, a nawet częściej niż czasami, uczę się pewnych spraw od nich. Przede wszystkim prostoty postrzegania i nazywania. Po naszych klasowych rozmowach dochodzę do wniosku, że to my, dorośli, bardzo często wszystko niepotrzebnie komplikujemy. Widzimy problemy tam, gdzie ich nie ma. Najgorsze jest jednak to, że infekujemy tym dzieci. Niepostrzeżenie wsiąkają w nie nasze obawy, strachy, bariery.
Szczególną sympatią darzę klasy czwarte. To ten moment, gdy dzieci od jednej pani przechodzą na nauczanie przedmiotowe. Część z nich nie może się odnaleźć. Pierwsze tygodnie to chaos. Proszę Pani, nie mam długopisu. Proszę Pani, zapomniałem zeszytu. Proszę Pani, nie wiem, gdzie zostawiłem plecak. Proszę Pani, a tym kolorem może być? Rozdaję zatem na prawo i lewo prywatne długopisy jednocześnie pilnując, by na koniec lekcji je zebrać. Jutro inni pewnie zapomną. Znajduję w czeluściach biurka kartkę dla tej osoby, której zeszyt się nie spakował. Robię retrospekcję zdarzeń z uczniem, który "zgubił" plecak. Jest! Przed drzwiami klasy. Kto by pomyślał? Cierpliwie mówię enty raz, że tak, ten odcień zieleni czy niebieskiego nadaje się do podkreślenia tematu. To potrwa ze cztery tygodnie. Nie denerwuje mnie ten etap. Jest naturalny. Tak samo naturalny jak nasze późniejsze rozmowy na lekcjach. Wydaje się, że o niczym, a tak naprawdę o wszystkim.
Przykro mi, gdy spotykam się z negatywnymi komentarzami na temat pracy nauczyciela. Niemal każdy z nich zaczyna się od wytykania czasu pracy. Czasu, który tak naprawdę jest niepoliczalny. Pracę znoszę do domu. Nie, nie tylko z zeszytami do sprawdzenia czy sprawdzianami. Znoszę ją często w głowie. Problemy dzieci. Dorosłych, którzy rozwalają świat dziecka. Prestiż zawodu nauczyciela bardzo stracił na wartości. Jest mi smutno, gdy dziecko powtarza A mama mówi, że pani jest głupia. Hmmm, nie jestem bez skazy. Mama ma prawo myśleć, co chce, ale smutno mi, bo swoje myśli werbalizuje przy dziecku. Dziecku, które mi to powtórzyło i dziecku, które w pewnym sensie zwątpiło w to, co mówię, bo przecież A mama mówi, że... W oczach niektórych jestem nierobem, który za nic dostaje pieniądze z podatków ciężko pracujących ludzi. Na szczęście są też i tacy, którzy moją pracę doceniają. Najsympatyczniejsze, co mnie ostatnio spotkało, to rozmowa z jedną z moich pierwszych uczennic, już z tytułem magistra i jej słowa: Tamten polski to ja zawsze będę pamiętała. Tak naprawdę, to Pani uczyła nas myśleć.
Myśleć. Czuć. Nazywać. Werbalizować to, co się myśli w taki sposób, by nie wyrządzać krzywdy, ale być jednocześnie asertywnym. Jedna rozmowa sprawiła, że znowu urosły skrzydła. Może któreś z moich szóstoklasistów zapamięta dzisiejszą lekcję o wyobraźni. Przypomni sobie za jakiś czas, jak dotykało dłońmi w ciemnym worku wyszczerbiony koralik. Zadanie polegało na tym, by zgadnąć, co to. Co podpowiedziała wyobraźnia? Dziewczynka długo obracała w dłoniach koralik, aż powiedziała Ząb. To jest niesamowite. Wyobraźnia jest niezmierzona. Możemy dzięki niej tworzyć obrazy, wizualizować marzenia, które finalnie staną się celami w życiu.
Patrzę na te buzie i wiem, że któreś z nich zdobędzie swój Mount Everest, inne coś odkryje, a jeszcze inne napisze arcydzieło. Jeśli Mount Everest tak naprawdę okaże się pagórkiem za blokiem, Eureka! zrozumieniem ułamków, a arcydzieło kartką z pamiętnika, to mnie to bardzo cieszy. To znaczy, że zdobywają świat na miarę swoich możliwości. Gdzieś wśród nich siedzi przyszły lekarz, murarz, przyszła dziennikarka fryzjerka. O! A tam mechanik. Fascynujące! I wiecie co? Mogę się pochwalić, że ich wszystkich znam.
Patrzę na te buzie i wiem, że któreś z nich zdobędzie swój Mount Everest, inne coś odkryje, a jeszcze inne napisze arcydzieło. Jeśli Mount Everest tak naprawdę okaże się pagórkiem za blokiem, Eureka! zrozumieniem ułamków, a arcydzieło kartką z pamiętnika, to mnie to bardzo cieszy. To znaczy, że zdobywają świat na miarę swoich możliwości. Gdzieś wśród nich siedzi przyszły lekarz, murarz, przyszła dziennikarka fryzjerka. O! A tam mechanik. Fascynujące! I wiecie co? Mogę się pochwalić, że ich wszystkich znam.
niedziela, 8 stycznia 2017
To(leranc)ja
A przecież każdy włos jak nasze lata policzony
Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci
Daleko raj, gdy na człowieka się zamykam
Najpierw wyzywano kulawych. Kulawi sprawiali wrażenie pokrak nie z tej planety. Gibali się obrzydliwie w różne strony. Niepełnosprytni - tak o nich mówiono. Nawet nie za plecami, często śmiejąc się prosto w twarz. Co taka kaleka zrobi? Dogoni? Obroni się? Dobre sobie! Poza tym fajnie było się z kogoś ponabijać.
Następni byli myślący wolniej. Najlepsze w tym wszystkim, że oni sami śmiali się z dokuczań, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. To jeszcze bardziej napędzało. Głupie to to było! Że też ewolucja pozwalała na przetrwanie czegoś tak prymitywnego! W tym miejscu Stwórca dał ewidentnie plamę albo coś mu cholernie nie wyszło.
Kulawi i Głupi szybko się znudzili. Znaleźli innowiercę. To było wyzwanie! W imię chrześcijańskiej miłości należało mu ręcznie wytłumaczyć, kto to jest prawdziwy Bóg i jak należy wierzyć. W ruch poszły pięści, obelgi, krzywda czyjaś. W końcu zawiniona - tak sobie tłumaczyli. Pan odpuści, na pewno, to w imię jego. Krew? E tam, przelana w wyższym celu. To się nie liczy. No dobra, może trochę liczy, ale przecież inaczej.
Gdy innowierca nie wytrzymał, długo się nie nudzili. Niedaleko mieszkał Opalony. Jego skóra miała dziwny odcień ciemnych oliwek. Brudas. Czarny. Należało zniszczyć mu dom. Tak zrobili. To jednak mało. Dokopią mu. Tak z braterskiej miłości pobiją. Ktoś musi pokazać, gdzie jest miejsce takiej kreatury. Dokopali. Pobili. Za bardzo. Krew. O dziwo! Nie była czarna. Wydawało się przez chwilę, że miała kolor ich krwi. Na szczęście tylko przez chwilę, bo to przecież niemożliwe.
Nuda. Kulawi i głupi się schowali. Dwaj pozostali... no cóż, w imię chrześcijańskiej miłości posłużyli za przykład. Nuda. Krew wydawała się wrzeć w ich żyłach. Myśli pulsowały w głowie do tego stopnia, że mózg wydawał się eksplodować lada chwila. Popatrzyli po sobie. Z nienawiścią. Ten miał dziwne oczy. Ten za dużo czytał. Tamten... Chodziły słuchy, że nie jest czystej krwi. O tym z kolei obok mówiono, że nie głosował, jak należy. Wystarczyło. Jatka, jaka się rozegrała, zaczęła przypominać sceny dantejskie. Krzyki. Jęki. Krew. Dużo krwi. Cisza.Cisza. Trwa.
Nie ma nikogo.
***
Patrzę, w którą stronę podąża człowiek.
Człowiek. Potrafi dać z siebie bardzo dużo. Zaskakuje ogromnym sercem. Empatią. Bezinteresownym gestem. Udowadnia, że warto w niego wierzyć. Że w ludziach jest moc, gdy coś ich jednoczy.
Martwi mnie jednak to, że ludzi potrafi jednoczyć nienawiść. Rozmawiam z uczniami o tolerancji. Niektórzy nie rozumieją, co złego jest w rasizmie. Przecież to Turek. Kebab. Przecież tamci to Syryjczycy. Terroryści. Imigranci. Jestem zła. Tak potwornie zła, że w pewnym momencie pokazuję zdjęcia zniszczonego Aleppo. Na kupce gruzu siedzi dziecko i wielkie oczy patrzą na wprost. Pewnie w obiektyw fotografa. Dziecko. Zalega cisza. Kompletna. Przecinam ją głosem jak nożem i pytam, czy to dziecko zasłużyło na przelaną krew, odebrany dom, zabitą rodzinę. Za co? Cisza trwa. Mam nadzieję, że w ich głowach nie. Że chociaż jeden z tych, którzy przed chwilą odważnie wygłaszali hasła pełne nienawiści, pomyśli. Myśli. Niech.
Żyjemy w dziwnym kraju. Koalicja wydaje się być teatrem marionetek. W przedstawieniu nie brakuje zaskakujących zwrotów akcji. Opozycja? Brak słów. Rozczarowuje na całej linii. Strzela sobie w kolano w najmniej oczekiwanym momencie. Takie hasła jak uczciwość, lojalność, sprawiedliwość przestają mieć swoją rangę. Gdzie w tym wszystkim miejsce na tolerancję? Ludzie używają inwektyw. Lewak. Dziwne słowo. Użyto go w pewnym kontekście odnośnie mojej jednej wypowiedzi. Szukam. Poszukuję znaczeń. Nie odpuszczam. Nie mogę uwierzyć. Naprawdę. Poglądy. Socjalizm. Skrajna lewica. Uśmiecham się do siebie. Sama. Tyle wspólnego mam ze skrajną lewicą, ile łączy mnie ze skrajną prawicą. Rym częstochowski. To chyba najlepsze podsumowanie.
Budować ściany wokół siebie - marna sztuka.
Smutno mi. Jestem idealistką, która mimo wszystko wierzy w człowieka. Zwłaszcza młodego. Wiecie, czym skorupka za młodu nasiąknie... Tolerancja jest dla mnie tematem szczególnym i wyjątkowym. Staram się dzieciom pokazywać, że inność nie musi dzielić. Różnice sprawiają, że przestajemy myśleć schematami. Świat jest piękny, gdy dużo w nim barw. Ludzie są cudowni, gdy mimo różnić potrafią się szanować.
Kulawy wolniej się porusza. Docenia życie takie, jakie ma. Uczy, że cieszyć można się z maleńkich rzeczy. Uczy, że wyciągnięcie pomocnej dłoni to tak naprawdę prezent zrobiony sobie. Lubimy dawać i siać dobro. To budujące. Nie budujmy tylko murów.
Głupi jest w pewnych sferach mądrzejszy od profesorów. Nie roztrząsa sensu logarytmów, nie zastanawia się nad kwantami, ale celebruje codzienność. Uczy radości. Uśmiechu. Tylko nie wyśmiewajmy.
Innowierca uśmiecha się do Stwórcy niezależnie od jego imienia. Uczy nas wzajemnego szacunku i wiary w rzeczy trudne do pojęcia. Tylko uwierzmy. Przede wszystkim w człowieka.
Opalony ma krew w tym samym kolorze co inni ludzie. Tak samo myśli, odczuwa, patrzy i rozumie. Tylko nie sprawiajmy bólu.
Człowiek. Tak, niech patrzy w oczy innemu człowiekowi. Ponad podziałami. Polityka? Wyznanie? Pochodzenie? Czy to naprawdę są sprawy, które muszą prowadzić do nienawiści? Nie.
Zamykam oczy i ciągle wraca do mnie widok dziecka na kupce gruzów. Widok smutnego spojrzenia. Za co? Patrzę na inne dzieci tu i teraz. Pokażmy im, że świata nie należy burzyć, aby móc go budować. Utwierdzajmy w tym, że zapobieganie wojnom i rozwiązywanie konfliktów w sposób cywilizowany, to priorytet. Przypominajmy o tych smutnych oczach. Uczmy wyciągania rąk, ale nie po to, by tylko brać. Budujmy relacje, nie bariery.
Świat mógłby być wtedy piękniejszy.
sobota, 31 grudnia 2016
***
Dawno nie pisałam. Niemoc słowna mnie dopadła niczym grypa. Nagle okazało się, że słowa są nie do opisania i odpuściłam.
Za progiem czeka rok 2017. Zwyczajowo ludzie składają obietnice, postanowienia. Czasami przyziemne, trywialne, czasami odwrotnie. Nie chcę być gołosłowna (ach, znowu te słowa) i nie będzie żadnych obietnic. Poza tym, co mogę sobie postanowić?
U drzwi kolejnego roku mamy też takie zapędy, aby podsumowywać ten mijający. Snujemy refleksje, staramy się wyciągać wnioski. Czasami zastanawiamy się, co by było, gdyby... W gdybaniu jesteśmy mistrzami. Też tak mam. W konsekwencji pojawiają się kolejne nieprzespane noce i bezsensowna frustracja. Nie będę zatem rozpamiętywać.
Nie bez powodu hucznie obchodzi się koniec roku i jeszcze huczniej wchodzi w nowy. Symbolika przekraczania pewnej linii jest bardzo wyraźna. Oddzielamy to, co było, od tego, co ma nastąpić. Kolejna tabula rasa, kolejna szansa. Nadanie temu wydarzeniu wagi w postaci chociażby świętowania ma aspekt psychologiczny. Bywa, że sama proponuję czasem swoim wychowankom, że od teraz zaczynamy od nowa, przekreślam to, co było, zapominam o tym, co złe. Zaczynamy od nowa z nowymi szansami. Bywa, że namacalnie robię czarną grubą linię markerem w zeszycie lub na kartce. To symboliczny początek.
Właściwie celowo nie chcę początków. Nie będę zatem niczego oddzielać. Czasami mam tak, że chciałabym... się zatrzymać. Móc na chwilę stanąć. Zatrzymać czas. Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam...
Nie będzie postanowień, ale mam marzenia. Takie, wiecie, do spełniania, może niekoniecznie spełnienia. Chciałabym znaleźć czas. Trochę więcej czasu. Jak Proust poszukać tego straconego albo odnaleźć ten schowany w innym wymiarze. Co bym zrobiła z czasem? Słodkie NIC. Totalnie NIC. Właśnie po to mi on. Chciałabym jeszcze odpocząć. Taki normalny urlop, wystarczyłoby kilka dni. Do tej pory czas wolny wykorzystujemy na lekarzy, turnus, ćwiczenia, badania. Przydałyby się wakacje. Zwyczajne w sposób dla nas niezwyczajny. Patrzylibyśmy w niebo i układali z chmur obrazy. Kiedyś mój mąż obiecał mi, że zabierze mnie w góry, których nigdy nie widziałam. Jeszcze się nie udało. Niech zatem takie "uda się" się stanie. Nie musi w tym roku, ale niech stanie się kiedyś. Marzę jeszcze o słońcu. Zawsze. Mimo ciężkich i szarych chmur nad głową. Mimo smutnych jezior w oczach. O słońcu, w cieple którego można się ogrzewać. Tylko że... taki mamy klimat.
Piszę z doskoku. Nieregularnie. Zdarzają się momenty, kiedy słowa nie potrafią wyrazić tego, co chce się powiedzieć. Język uwiązł w gardle kilka razy. Ludzie. Ludzie są dobrzy. Mają w sobie mnóstwo ciepła. Mnóstwo empatii i niosą dobro. Takie ludzkie, życzliwe. Były takie chwile w tym roku. Wbrew pozorom to był dobry rok. Przełomowy.
Życzę Wam wszystkim miłości. Od tego należałoby zacząć. Miłości do siebie nawzajem, do drugiej osoby, do dzieci, do tego, co wokół. Miłość cierpliwa jest, łaskawa... Życzę też wiary. W co? Jedni odnajdą ją w Stwórcy, inni w ludziach i świecie, ale przede wszystkim - wierzcie w siebie. Niezależnie od kryzysów, porażek, miejcie determinację i odnajdujcie spokój wewnętrzny.
Do napisania w przyszłym roku.
sobota, 17 grudnia 2016
***
- Trudno być obojętnym, gdy na oczach wszystkich rozgrywa się dramat. Dreszcz przerażenia, niedowierzanie, że w XXI wieku tak można. Że w czasach, gdy wolność i demokracja powinny być wartościami nadrzędnymi, z premedytacją, śmiejąc się w twarz, depcze się je.
- Być apolitycznym się nie da. W momencie, kiedy polityka z brudnymi, ubłoconymi butami, nie pytając o pozwolenie, włazi w moje życie prywatne i zagraża mojej wolności osobistej, moim interesom jako obywatela, nie można udawać, że się nie widzi. Bardzo często podkreślałam, że nie sympatyzuję z żadną partią, ugrupowaniem itp. Teraz jednak powiem stanowczo, że moja antypatia do obecnej większości w rządzie rośnie z dnia na dzień.
- Przy okazji 11 listopada pisałam, jak martwi mnie to, że historia lubi zataczać koło. Zasmucona byłam opiniami niektórych moich uczniów, którzy przesiąknięci hasłami typowo nacjonalistycznymi, byli dumni z głoszenia ich. Paralelizm dostrzeganej sytuacji przerażał mnie wtedy. Przypomniałam sobie totalitaryzm, faszyzm, nazizm. Ludzie ludziom zgotowali ten los.
- Z każdym dniem upewniam się coraz bardziej, że historia naprawdę lubi się powtarzać. Nie wyciągamy nauki z błędów, jakie ludzkość popełniła. Bezczelnie prowokujemy. Zapominamy o zwykłym człowieczeństwie w imię chorego i wybujałego ego. Boję się. Martwię. O to, co zastaniemy jutro i w jakim świecie przyjdzie nam żyć.
- (...) i pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą - (...) . Nie musieli stawać pod drzwiami. Po cichu, pod płaszczem nocy, przepychali większość chorych ustaw. Niemym świadkiem mógł być tylko księżyc przyczajony za oknem zdradziecko. Gdyby było można, pewnie i księżyc zostałby wyproszony z nieba. No bo jak to, niebem rządzić nie będą? To księżyca ukraść nie można?
- Jakiś czas temu mieliśmy już małego człowieczka, który pociągnął za sobą innych, a w konsekwencji życie straciły miliony. Mały człowiek z chorymi ambicjami, artysta od siedmiu boleści ze swoją sztuką przez małe "s". Udowodnił, że z pozoru malutki lodowiec, pod taflą może kryć olbrzyma. Do dziś historycy, socjolodzy i specjaliści od psychologii zastanawiają się, jak to możliwe, że ktoś taki zrobił pranie mózgu innym. Jak to możliwe? A jak możliwe jest to, co się obecnie dzieje u nas? Zastanawia mnie, czy elektorat, który przepchnął obecny rząd, zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie rodzą się na naszych oczach? Czy nadal ślepo idą w zaparte niczym owce w swoim obłędnym pędzie?
- Głupimi rządzi się łatwiej. To zdanie jak bumerang wraca w moich myślach. Najpierw nas na siebie napuszczają tworząc kontrowersyjne projekty, jak te chociażby z ustawą antyaborcyjną. Skaczemy sobie do gardeł nie widząc, że tak naprawdę to tylko przykrywka. Podobnie rzecz ma się z mydleniem oczu 500+. Niedawno w dyskusji, jaka się wywiązała przy okazji innego tematu, ktoś słusznie zauważył, że 500+ tak naprawdę kosztuje 700-. Zacietrzewiamy się, kłócimy, obrzucamy błotem, a w tym czasie rozgrywa się tragifarsa, w której nasza rola zaczyna przypominać marionetkę pociąganą za sznurki.
- Ludzie, co się z Wami dzieje? Dlaczego pozwalamy, by ktoś indoktrynował nam moralność, zasady i sposób postrzegania rzeczywistości? Jestem przerażona nowym kanonem lektur. Przerażona i przekonana, że bardzo szybko zrodzimy wtórnych analfabetów, którzy o samodzielnym myśleniu nie będą mieli pojęcia. Przecież o to chodzi, no nie? Z podstawy programowej znikają treści związane z ewolucją, darwinizmem. Współczesne średniowiecze w wersji hard. Pozostają tajne komplety. Hmmm, to też już było, prawda?
- Wolność. Zawsze powtarzam, że wolność jest podstawowym prawem każdego człowieka. Wolność z zachowaniem szacunku do drugiej osoby. Z chęcią nawiązywania dialogu i szukania wspólnych rozwiązań. Teraz nie ma dialogu. Totalitarny bełkot w postaci indoktrynacji każdej sfery życia. Powolutku. Cicho. Jak kot na czterech łapach. Skrada się z ironicznym uśmieszkiem. Zaatakuje w najmniej oczekiwanym momencie, ale najpierw nakarmi naiwnych mruczeniem, obiecankami, głaskaniem pokornych. Wszystko do czasu.
- Umówiłam się z kimś przypadkowo, że za cztery lata zabiorę głos na temat tego, co się dzieje. Słyszę ciągle Ale dajmy szansę i wiecie, ja się boję, że tę szansę dajemy czemuś o wiele potężniejszemu i groźniejszemu, niż nam się wydaje. Obawiam się, że ta szansa pozbawi nas większych...szans.
wtorek, 13 grudnia 2016
Z serii listów z nieznanym adresem
Piszę do Ciebie ten list, chociaż podchodzę do tego bardzo sceptycznie. Czasy, kiedy wierzyłam, minęły prawdopodobnie bezpowrotnie. Jednak piszę. Może nie wszystko stracone?
Doszłam do takiego etapu w życiu, kiedy do pewnych spraw podchodzi się bardzo refleksyjnie. Do tego zrobiłam się sentymentalna. Wspominam. Rozpamiętuję. Przywołuję drobnostki. Właściwie nie wiadomo, komu to potrzebne i dlaczego tak robię. Wyciągam stare albumy. Gładzę fotografie, które mają duszę. To nie to samo, co setki zdjęć przesuwane palcem w smartfonie. Sepia, czerń i biel, pierwsze kolory. Śmieszne ubrania lat 80. Twarze, które pamiętam.
Jakie były Święta w moim rodzinnym domu? Ciepłe nie tylko od buchającego żarem pieca kaflowego w pokoju babci. To był czas, gdy zjeżdżała się rodzina z odległych krańców, by w tym miejscu zasiąść przy stole. Babcia z pieczołowitą starannością wyciągała przechowywany na tę okazję obrus. Brakowało w domu krzeseł i taboretów, więc znoszono ze strychu drewnianą ławkę, którą ścielono kocem. Choinka... Tani drapak, leciwy, ale wydawał się najpiękniejszy pod słońcem, gdy ustrojono go anielskim włosem. Przybijana rokrocznie do starej szafki nocnej. Do dzisiaj pamiętam bombki. Wzory. Kształty. Szklane kule, które ostrożnie wyciągałam z pudeł, by zawiesić na tandetnych gałązkach. Serce pękało, gdy coś upadło i roztrzaskało się na milion kawałków.
Czekałam na Ciebie co roku. Pisałam z młodszą siostrą listy. Marzyłam. Bajdurzyłam. Już wtedy powinnam zwątpić. Dlaczego? Zamiast wyśnionych kredek bambino dostałam jakieś woskowe mejd in czajna , którymi nie dawało się malować. Ślizgały się bezradnie po białej kartce rysując rozczarowania. Mimo wszystko tłumaczyłam Cię, bo może brakło bambino albo były za drogie, a tyle dzieci chciało przecież prezenty. Kiedyś poprosiłam o lalkę. Rzadko chciałam zabawki, ale tym razem było inaczej. Marzyła mi się taka z miękkimi rękoma, mrugającymi oczyma, z włosami, które można czesać. Pod choinką znalazłam sweter i plastikową namiastkę lalki z namalowanymi włosami. Myślisz, że byłam zła? Nie, znowu Cię usprawiedliwiałam. Przecież sweter był mi potrzebny, a lalka... Może właśnie jej nikt nie chciał? Pokochałam ją. Prezenty pachniały pomarańczami i galaretką w cukrze. Rarytasy tamtych czasów.
Wiesz, pękło coś we mnie, gdy okazało się, że Ciebie nie ma. Jesteś wymyślony. Któregoś razu zauważyłam, jak mama z ciocią podrzuca prezenty pod tę paskudną choinkę. Czar prysł, a ja poczułam się okropnie oszukana. Nikt nie przygotował mnie na tego typu rozczarowania. Żyłam utopią i marzeniami. Realizm tak bardzo mnie sponiewierał, że tamte Święta uważam za swego rodzaju dramat. Pomarańcze śmierdziały importem, gumowata galaretka stawała w gardle, a rozpakowany prezent okazał się szkaradną bluzką, której metka drapała nieprzyjemnie.
Zobacz, a jednak do Ciebie się dzisiaj odezwałam. Nie powinnam Ci już zaufać, bo dwa lata temu też nie stanąłeś na wysokości zadania. Pisałam ze starszym synem do Ciebie list. Nosiłam w sobie maleńkie życie. Pamiętasz, o co poprosił M.? Tylko o to, żeby J. urodził się o czasie i...zdrowy. I co? Lipa, nie sprostałeś niczemu. To były smutne Święta. Wigilię spędziłam słaniając się na nogach nad inkubatorem. Moje dziecko walczyło o życie, gdy gdzieś tam, w dalekim Betlejem, rodził się On.
Piszę. Rozmawiam z Tobą. Mój sponiewierany idealizm jest niepoprawny. Czasem słyszę o głupocie. W porządku. Pewnie skrajna. Wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? Ja Cię nadal tłumaczę. Na siłę próbuję sobie udowodnić, że każdego dnia dajesz mi swego rodzaju prezent. Może o niego nie prosiłam, ale dzięki temu doceniam każde małe szczęście. Okazuje się, że nie jesteś taki ważny. W Święta chodzi o coś innego. Spotykam wiele dobra. Namacalnie. Dotykam go. Wdycham zapach życzliwości. Wiesz, jak ona pachnie? Uśmiechem, spojrzeniem, zrozumieniem. Świat ma mnóstwo jasnych barw, których nawet depresja nie jest w stanie przytłumić.
Mój Drogi, nie proszę Cię w tym liście o nic szczególnego. Myślę, że nie masz takiej mocy sprawczej, by spełnić moje marzenia. Jeśli jednak posiadasz układy z kimś wyżej, szepnij słówko. Tylko jedna sprawa - niech Święta pachną magią ciepła zawsze. Niech te woskowe kredki rysują uśmiechy, plastikowa lalka cieszy się miłością, a paskudna bluzka z drapiącą metką stanie się krzykiem mody. Wszystko zależy przecież od tego, z której strony na to spojrzymy. Wspomnienia... Przechowuję je w bibule pamięci, żeby niczego nie zapomnieć i niczego nie zniszczyć szarpaniem się ze samą sobą.
Gdy pierwsza gwiazdka na niebie zabłyśnie w wigilijny wieczór, będę Cię wypatrywała. Mimo wszystko. W chmurach, bo tam najczęściej chodzę. Do zobaczenia?
Twoja A.
wtorek, 29 listopada 2016
Poniżej morza
Na początku czujesz niepokój. Ot, takie tam kołatanie serca, lekkie podenerwowanie. Czasami zadrżą ręce i coś z nich wypadnie, ale bez przesady. Ból głowy. O! Tak, często boli głowa. Paracetamol, ibuprofen, kodeina. Zmęczenie. To na pewno zmęczenie. Tak zwykle to tłumaczysz.
Niepokój narasta. Ból głowy nie ustaje. Żadne środki nie przynoszą ulgi. Migrena. Tyle się o niej mówi. Na bank migrena! Przecież pogoda ciągle się zmienia. Z tygodnia na tydzień inna. Ręce drżą bardziej, serce kołacze mocniej, kręci się w głowie. To musi być migrena.
Którejś nocy, leżąc w ciemności i goniąc uwolnione myśli, zdajesz sobie sprawę z tego, że nie śpisz. Ile to już? Tydzień? Dwa? Trochę więcej. Wstajesz. Herbata. Książka. Prasowanie. W bloku naprzeciwko w jednym oknie też złowieszczo świeci się lampa. Czyli ktoś też nie śpi. Herbata. Kolejna. Kawa. Czwarta nad ranem. Za chwilę szósta. Pora wstawać. W głowie pulsuje ból. Kręci się. Świat. Karuzela. Ręce drżą. Kawy! Szybko.
Któregoś ranka czujesz niemoc. Bolą nawet końcówki włosów. Paznokcie. Rzęsy. Powieki są takie ciężkie. Nie chce się. Nic. Zero. Mechaniczne czynności uświadamiają, że to nie ma sensu. Fabryka rzeczywistości.
Nie czujesz głodu. Bułka zjedzona rano wystarcza do wieczora, a czasem do kolejnego ranka. Kawa. Filiżanki. Kubki. Litry. Hektolitry. Jedyne kalorie. Zastanawiasz się nad opatentowaniem diety cud. Kilka kilogramów w kilka dni. Czy jak tak dalej pójdzie, to...znikniesz? Czy da się zniknąć świat?
No dobra. Jednak masz problem. To nie tylko zmęczenie. Migrena może i jest modna, ale nie da się na nią zrzucić wszystkiego. Na pewno nie zrzucone kilogramy. Za dużo ich. Za dużo. Dużo. Za. Ich.
Pozory. W końcu ktoś to wymyślił, aby móc je stwarzać. Pozornie twardy człowiek jesteś. No wiesz, taki ze stali, z marmuru, bij - nie zabij. Co nie zabije, to wzmocni i inne podobne farmazony. Dasz radę. No ba! Każdy to powtarza. Podziwia. Wow! Czujesz zażenowanie, bo wszystko to wielka mistyfikacja. Jaki marmur? Jaka stal? Człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać. Tere, fere! Rozpadasz się w środku na milion kawałków, podczas gdy inni podziwiają siłę. Żenada. Błazenada. Cyrk. Jesteś klaunem w roli głównej. Przerysowany makijaż skrywa rzeczywistość.
Któregoś dnia czara się przelewa. Wiesz, że musisz, ale... nie możesz. Nie tym razem. Boli. Dusza. Tęsknisz za morzem. Szumem fal, a nie setek myśli na minutę. Piaskiem. To nic, że nie umiesz pływać i już pewnie nigdy się tego nie nauczysz. Brakuje wydm. Sztormu na morzu, a nie w środku. Zapachu soli. Smaku wilgoci. Zamki na piasku. Gładzisz w pamięci każdą drobinę.
Jesteś w tak zwanym stanie poniżej morza. Nie chcesz nazywać rzeczy po imieniu, bo się wstydzisz. Słabości. Bycia tylko człowiekiem. Mama powinna być ostoją. Musisz pokazać dzieciom, że nic nie złamie rodziny. Choroba? Niepełnosprawność? Strach? No proszę Cię! Jesteś mamą! Musisz. Masz. Trzeba. Zawsze. Jak zawsze.
Któregoś dnia pęka niebo. Nie wystarcza muzyka. Kawa się kończy. Ręce zarażają drżeniem ciało. Wpadłaś. Spadłaś. Depresja. Tak ktoś inny to nazwał. Do morza coraz dalej. No dobra, jest problem.
Rozmowy. Godziny. Minuty. Sekundy. Dużo rozmów. To nieprawda, że trzeba być tylko silnym. Nie? Nie. Doktor od składania dusz zna się na rzeczy i stosuje socjotechniki. Niby o tym wiesz, a jednak ta gadka uspokaja. Lubisz od czasu do czasu pospierać się z nim na temat życia. Masz prawo drżeć. Masz prawo się bać. Masz. Prawo. Nikt nie może oczekiwać, że będziesz ze stali. Czyli nie da się zniknąć świata? Nie. Mimo wszystko jest...piękny. Coś na wyciszenie. Nie może otępiać, bo musisz mieć przytomność i jasność umysłu. Ręce przestają drżeć. Serce kołacze zdecydowanie rzadziej. Sen... nadal nie przychodzi, ale nocą uczysz się godzić z dniem. Czasem zjadasz coś więcej niż bułkę. Częściej się rozpogadzasz i dostrzegasz, że faktycznie łzy śmieją się, kiedy są za duże.
Jeśli chcesz sprawić, by ktoś był jeszcze dalej od morza, to wmawiaj mu, że MUSI mieć siłę, MUSI dać radę, MUSI się pozbierać. Myślisz, że to działa? Tak, jak płachta na byka. Sprawi, że owszem, bliżej wody ten ktoś będzie, ale po to, by w niej utonąć.
Przez ostatnie dwa lata moje "ja" jest na karuzeli. Raz kręci się do utraty tchu z wypiekami na policzkach od emocji. Innym razem opada, a metalowe łańcuszki skrzypią raniąc uszy. Nauczyłam się, że nic tak naprawdę nie jest nam dane na zawsze. Życie lubi śmiać się ludziom w twarz, gdy tylko czynią plany. Depresja. Oddala od morza. Schodzi do najczarniejszych zakamarków myśli. Nie wolno jej spuścić ze smyczy. Nie wolno myśleć, że przecież dasz radę. Zawsze. Jak zawsze. Nie.
Co mi pomogło? Klepanie po plecach jest miłe. Wmawianie, że jestem silna też, chociaż czasem czuję się z tym podle. Jak oszustka. Najbardziej oszukuję wtedy siebie. Wsparcie? Bardzo ważna sprawa, jednak to nie sprawi, że problemy znikną. Największym lekarstwem jest świadomość. Tego, że mamy problem, a depresja to nie taki nowy trend i trzeba szukać fachowej pomocy. Świadomość jednak przede wszystkim tego, że samo uzmysłowienie sobie słabości jest naszą największą siłą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






